Gry wojenne i dyplomatyczne to nie zabawa dla dużych chłopców w krótkich majteczkach. Abstrahując kompletnie od przyczyn, katastrofa smoleńska ujawniła słabiznę Polski w każdym aspekcie. Nie ma ani jednego fragmentu działań, w którym "państwo zdało egzamin".

W świecie wielkiej polityki bezwzględnie wykorzystuje się nadarzające okazje. Zakładając, że Rosjanie - poza bardakiem - nie mają sobie nic do zarzucenia, mogą rozgrywać Polskę na dowolne sposoby, na które ani Tusk, ani Sikorski nie mają i nigdy nie będą mieli wpływu, bo to nie są zawody haratania w gałę. Już więcej w tej sprawie może (choć też niewiele) Adam Michnik i jego ludzie.

Czytałem różne publikacje dziennikarskie, ale nie zauważyłem, by ktoś wykazał na bazie faktów, dlaczego dopiero po 2,5 roku zdecydowano się na badanie miejsca katastrofy pod kątem obecności materiałów wybuchowych, ani kto lub co skłoniło wojskowych prokuratorów do podjęcia decyzji. Tylko najgłupsze lemingi wierzą jeszcze w siły wyższe ("nic nie możemy, chociaż się staramy") bądź w magiczne zaklęcie zwalniające od wszelkiego myślenia, czyli "takie są procedury". Pozostają zatem domysły, zaś te prowadzą albo do polskiego MSZ, albo do radzieckiego KGB.
Polski MSZ w tej notce pomijam, choć być może odgrywa pierwszoplanową rolę. Po głowie chodzą mi różne skojarzenia, które prowadzą wprost do ujawnienia autora i genezy słynnego instruktażowego esemesa wysłanego w godzinę po katastrofie, czyli "katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił?". Pytanie, czy polska prokuratura kiedykolwiek wyjaśniła wątek związany z tym esemesem? No bo skoro przesłuchała Jarosława Kaczyńskiego na okoliczność tzw. "rozmowy telefonicznej braci", to tym bardziej powinna wyjaśnić sprawę esemesa.
Tak czy siak poważni faceci z KGB otrzymali mnóstwo prezentów do ręki: urządzenia elektroniczne, supertajne natowskie urządzenia kryptograficzne oraz wiele innych. Mają też wrak, którym mogą sobie rozgrywać do woli polskie sprawy wewnętrzne. Nie wykluczam zatem, a nawet uznaję za prawdopodobne, że trotyl w tupolewie wymyślili Rosjanie, którzy przekazali sprawę przez swoich zaufanych ludzi w Polsce.
W ten sposób Putin umiejętnie rozgrywając Tuska spowoduje, że Polska zostanie autentycznie sama na arenie międzynarodowej. Podobno NATO już jest na nas wściekłe za "prezenty" dane Rosjanom. Zatem pies z kulawą nogą się za nami nie ujmie. Berlin też ma już powoli dość polskich niedojdów, co widać po zmieniającym się na niekorzyść tonie artykułów w niemieckiej prasie mainstreamowej. A co robi w tym czasie prasa rosyjska? Ano, poucza Polskę w kwestii przestrzegania praw człowieka. Mamy zatem "nowego" mentora, który gotów jest wziąć nas w opiekę.
Tuskowi pozostaje jeszcze jakiś czas na lawirowanie. Siła przyciągania Moskwy jest jednak tak wielka, że Berlin schodzi na plan dalszy. Chcąc nie chcąc głowa Tuska będzie zwrócona w innym kierunku niż jego nogi.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)