Nie da się inaczej określić śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej niż jako skrajnie niechlujne i nacechowane polityką działanie niemal wszystkich organów państwa. Miał swego czasu nieco racji b. premier Włodzimierz Cimoszewicz porównując jego metodykę do typowego dochodzenia ws. włamania do garażu na Mokotowie (czy gdziekolwiek indziej).
Tym razem Służba Wywiadu Wojskowego otrzymała poufne zadanie skompromitowania obliczeń prof. Chrisa Cieszewskiego. Z obowiązku wywiązała się wyśmienicie, tyle że blogerzy S24 szybko odkryli, iż SWW zdyskwalifikowała samą siebie, przedstawiając zdjęcie z 12 kwietnia 2010 r. jako zdjęcie z 5 kwietnia 2010 r. i wyciągając na tej podstawie daleko idące wnioski.

Teraz SWW ma potężny problem, albowiem na własne życzenie podważyła swoją wiarygodność, co zauważyła nawet Naczelna Prokuratura Wojskowa, nakazująca ekspertom SWW złożenie stosownych wyjaśnień w tej sprawie. Tak czy siak wątpliwości rosną zamiast maleć, zaś nieprofesjonalizm i polityczne uwikłanie NPW (tudzież innych organów państwa) stało się problemem kluczowym w tym śledztwie.
Rozmawiałem kilka chwil temu m.in. na ten temat ze znajomym, który był kilka lat temu zastępcą prokuratora rejonowego w jednej z trójmiejskich prokuratur. Byłem zaskoczony jego konkluzją, bo ten zadeklarowany zwolennik PO (trudno się dziwić, czerpie z tego profity) stwierdził, że prywatnie ma dość takiego niechlujnego śledztwa i że za jego kadencji lepiej prowadzono postępowania ws. włamań do piwnic, a nie tylko do garaży. Stwierdził również, że jeśli tak samo "profesjonalnie" wyglądało badanie próbek pod względem materiałów wybuchowych, to nic go już nie zdziwi.



Komentarze
Pokaż komentarze (65)