Jedną z zagadek smoleńskiego śledztwa jest ustalenie treści nagrania magnetofonowego z Jaka-40, czyli potwierdzenie bądź zaprzeczenie słowom śp. chorążego Remigiusza Musia i pilota Artura Wosztyla. Zeznali oni bowiem, że ruska buda kazała im zejść na poziom 50 metrów i takie same komendy wydawała TU-154M. Gdyby to była prawda, to raport Anodiny i Millera można byłoby rozbić o kant głowy. Oczywiście, zaprzeczenie jest tak samo wartościowe, bo ucięłoby niepotrzebne spekulacje.

Formalną przeszkodą w odsłuchaniu nagrania był brak informacji od Rosjan w przedmiocie częstotliwości sieci zasilającej i innych parametrów. Wszyscy, co używają słuchawek do odsłuchiwania nagrań wiedzą o tym dobrze, że nie da się odsłuchać nagrań bez wcześniejszej informacji z energetyki zawodowej w tym temacie. No dobrze, niech będzie, że informacja ta jest niezbędna do tego, by precyzyjnie ustalić czas nagrania.
Niemniej jednak zdumiewa co innego. Informacja na temat parametrów energii elektrycznej dostarczanej do ruskiej budy trafiła na biurko prokuratorów w lutym 2013 r. Zaraz będzie rok i co? I nic. Dalej nie ma protokołu biegłych.
W normalnym państwie byłoby tak, że biegli odsłuchaliby kasetę, a po uzyskaniu informacji od Rosjan sprawdziliby ostatecznie, czy nie było ingerencji w nagranie oraz precyzyjnie ustaliliby dokładny czas nagrania. To robota na tydzień, góra dwa. My za chwilę będziemy mieli rok i nic. Niech mi ktoś jeszcze zaprzeczy, że lepiej prowadzone są śledztwa w sprawie włamania do piwnicy, to mu powiem, że jest durniem.



Komentarze
Pokaż komentarze (68)