Grzegorz Gołębiewski - grzechg Grzegorz Gołębiewski - grzechg
394
BLOG

O 13 GRUDNIA I MOJEJ DZIELNEJ BABCI

Grzegorz Gołębiewski - grzechg Grzegorz Gołębiewski - grzechg Polityka Obserwuj notkę 7

                                        Nigdy do tej pory nie pisałem o zdarzeniach stanu wojennego, w których brałem udział, bo uważałem, ze to moja tajemnica, moja prywatna sprawa, z którą nie wypada się obnosić po 1989 roku, bo mamy wolność i trzeba zająć się tym co dalej, a nie tym, co było. Zresztą zdania nie zmieniłem. Zmieniła się raczej i to diametralnie sytuacja Polski. Widoczna gołym okiem erozja demokratycznych struktur państwa, media w służbie  jednej opcji politycznej, systematyczne miękkie próby wykluczenia opozycji z przestrzeni publicznej, monopol władzy, który zaczyna przypominać czasy propagandy gierkowskiej.

                                    Redaktor Igor Janke obwieszcza narodziny niezależnej telewizji. I bardzo dobrze, trzymać tak dalej, ale mi zaczyna się to kojarzyć z wyczekiwaniem, jak na ekranie zamiast DTV pojawi się plansza "Solidarności". Takie wejścia na antenę reżymowej telewizji choćby w Warszawie, w stanie wojennym udawały się niejednokrotnie. Może to jeszcze nie jest getto, ale szybkimi krokami wszystko zmierza w kierunku wykluczenia z udziału w życiu publicznym ludzi nie zgadzających się z Tuskiem i Sikorskim. Obśmiać, wyszydzić, przyprawić gębę szurniętych i nawiedzonych, albo psychopatów. Na hasło Smoleńsk wylać kolejny kubeł pomyj, że sam ś.p. Prezydent jest winien tej katastrofie, a ludzi drążących niewyjaśnioną tragedię narodową odesłać do czubków. Nie wiem, po co Pan Edmund Klich ujawnia szokujące nagrania rozmów z ministrem Klichem, ale to przecież tylko skrawek tych wszytskich podłości, które są udziałem rządu w sprawie smoleńskiej. Prezydent Komorowski mówi do młodzieży, że zapalił świeczkę w Belwederze przede wszytskim z myślą o tych, którzy walczą dziś o wolność, którzy jej nie mają. A ja myślę, że to dobry czas by pamiętać o tych, których wygnano z Polski, którzy zostali przez ową wielką i demokratyczną III RP opuszczeni i zapomniani, niezależnie od naszej nieustającej pamięci o ofiarach reżymu komunistycznego. 

                                   13 grudnia 1981 roku, wieczorem, odbyło się pierwsze w stanie wojennym spotkanie Zarządu NZS UAM w Poznaniu. Dzieliliśmy robotę, co kto ma robić, kto jest od kontaktów z "Solidarnością", a kto będzie bronił dostępu do powielacza, nawet z użyciem broni. Takiej potrzeby nie było, ale kilkanaście wozów opancerzonych i skotów za oknem stojących  w pobliżu wieży telewizyjnej robiło wrażenie. Wszyscy, którym udało się uniknąć aresztowania lub internownia i chcieli dalej walczyć z komuną, po prostu przeszli z dnia na dzień do działalności podziemnej. Ale ja chcę napisać o mojej Babci i kilku licealistach z Poznania. Najpierw o mojej Babci i dlatego trzeba się przesunąć w czasie o jakieś sześć lat do przodu. 

                                  To był najprawdopodobniej listopadowy, bardzo zimny  wieczór w Szczecinie w 1987 roku. Z żoną i naszym niespełna dwuletnim synem Kubą postanowiliśmy po spacerze pojechać do moich rodziców na Osiedle Ksążąt Pomorskich. Ot tak, bez zapowiedzi. Kiedy weszliśmy już do mieszkania, moja Matka, bardzo przejęta, mówi, że nasz dawny pokój jest w całości zajęty przez działaczy podziemnej "S", bo muszą wysmażyć jakiś ważny kwit. No nic, siedzimy sobie spokojnie w dużym pokoju i gadamy (pewnie o byle czym). Po niecałej godzinie do mieszkania wpada ekipa kilku esbeków i rozpoczyna się drobiazgowa rewizja. Szukają kwitów.  Z mieszkania wyprowadzają działaczy "Solidarności", w tym mojego Ojca, a także Andrzeja Milczanowskiego. Esbecy są na przemian agresywni i w miarę normalni, obiecują nie zrywać jednak tapet. Czego szukali? Szukali wniosku o rejestrację NSZZ Solidarność w sądzie, w jednym z zakładów Szczecina (albo port, albo stocznia). Rozpoczynała się gra opozycji z władzą i władzy z opozycją. Esbecy są coraz bardziej wściekli, że kwitu o rejestrację nie mogą znaleźć. Wchodzą także do pokoju, gdzie leży moja chora, 93- letnia Babcia (tak naprawdę nie była wcale chora). Babcia wydaje z siebie niemal jęki, wykrzywia twarz, esbeczka podnosi jedynie kołdrę, ale nie przesuwa ciała ukochanej Babaci Marysi. SB opuszcza mieszkanie, zabierają mnie też na przesłuchanie. Wszyscy zatrzymani w mieszkaniu rodziców wychodzą po kilku lub kilkunastu godzinach na wolność. Babcia wyciąga spod  siebie czyli spod pupy dokumenty rejestracyjne komisji zakładowej "S". Rola Babci w tej sprawie, czyli próby rejestracji (chyba już następnego dnia w Sądzie Wojewódzkim w Szczecinie)  związku zawodowego była zasadnicza, wręcz ogromna. Do dziś jestem dumny z mojej Babci. To taki kawałeczek, okruch historii. Może nie ten właśnie, ale wiele innych takich drobnych okruchów, zdarzeń to jest nasza historia stanu wojennego. To są pojedyncze rzuty kamieniami w samochody ZOMO, to są setki nowych tytułów bibuły drukowane w Warszawie i w Krakowie, to są tysiące ludzi, którzy przez kilka lat, dzień w dzień po prostu robili swoje, ROBILI SWOJE.  

                                      To jeszcze krótko o licealistach z Poznania, dlatego trzeba wrócić do początku czerwca 1982 w Poznaniu. Działamy w strukurach (wielkie słowo) podziemnego NZS zajmując się głównie kolportażem niezależnych wydawnictw, to jest dowożeniem ich z Krakowa i z Warszawy do Poznania. Zresztą robimy to praktycznie do czerwca 1989 roku. W tamtych dniach, tuż przed Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej 1982, otrzymujemy instrukcję od podziemnej "S", że w czwartek cały  Poznań ma być zamalowany hasłami przeciwko WRONIE i DTV.  Okey, nie ma sprawy. Powołujemy specjalną grupę do zamalowania wielkiego placu na Wydziale Nauk Społecznych  UAM przy ulicy Szamarzewskiego. W nocy wspaniała grupa licealistów z wielkimi puszkami farb przystępuje do pracy. Na murach uczelni pojawiają się hasła "ZOMO = SS",  "NZS JEST!", DTV KŁAMIE, PRECZ.......itd.  Główne hasło młodzi ludzie malują na asfalcie, na środku placu. Ono było ustalone. Nie wiem dlaczego byłem taki kulturalny, ale miało ono brzmieć dokłądnie tak: WRONA i SB = PRZYJACIÓŁKI DWIE.  Przyznaję dziś, że było zdecydowanie mało odkrywcze. Licealiści jednak stanęli na wysokości zadania. Być może z braku farby, być może dlatego, że litery byly wysokie na prawie trzy metry. To był wielki napis! Ale tej treści: WRONA  I  SB = DZIWKI DWIE. Pięknie.

                                       Takich spojrzeń, takich szczęśliwych oczu, długo potem nie widziałem. Następnego dnia przyjechałem na uczelnię, jak na miejsce "zbrodni". Mijałem uśmiechniętych ludzi, moich znajomych, z serdecznymi spojrzeniami, że coś fajnego udało się zrobić, że nie jestesmy wcale bezsilni. To, co dziś pamiętam najlepiej, to właśnie szczęśliwe spojrzenia. Pamiętam też dwa gaziki i wielki zbiornik z beznyną, którą ekipa SB wypalała wielki, długi na kilkanaście metrów napis. I żeby nie było tak pięknie. Z całej wielkiej akcji podziemia przeciwko kłamstwom reżymu, tak naprawdę to dzieło licealistów było jej widocznym znakiem. W odwecie, SB zwinęła kilkadziesiąt osób. Kilka dni później trafiłem do ZK w Gębarzewie. Być może któryś z tych uczniów przeczyta te słowa. Kto wie? Mam dzięki S24 okazję im teraz jeszcze raz podziękować.

gg

 

P.S. Potencjalnym autorom czy scenarzystom  filmów o stanie wojennym poddaję pod rozwagę wykorzystanie jako sceny takiej ciekawej metody stosowanej przez SB w trakcie przesłuchań. Funkcjonariusz każe ci stanąć w odległości około jednego metra od ściany (mierzy to linijką), w pozycji wyprostowanej z rękami wyciągniętymi do góry, następnie z tej odległości sięgamy rękami do ściany tworząc z nią i podłogą trójkąt. Pomiędzy czoło i  ścianę  funkcjonariusz wciska ci pałkę, która nie może upaść na ziemię. Stoisz tak przez trzy godziny, a facet grozi ci bronią przystawianą do głowy. To też taki okruch. Można to wytrzymać, ale w pamięci zostaje długo.  

                                 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka