Będąc na wczorajszym Marszu, a później słuchając komentarzy na temat jego przebiegu w telewizji miałem wrażenie, że chodzi o dwie zupełnie różne demonstracje. Najpierw usłyszałem o zamieszkach w całej stolicy. Potem, że kilkutysięczna(!) grupa uczestników Marszu Niepodległości zaatakowała policję. Migawki, jakie mogłem obejrzeć w telewizji, ukazywały coś, czego, podobnie jak ponad 10 tysięcy maszerujących, nawet nie widziałem i nie byłem świadomy. Tymczasem, wśród zaproszonych do telewizji gości, nieustannie panowało jedno określenie na uczestników manifestacji – „WY”. Bo w końcu to oczywiście my, w sile 15 tysięcy uczestników, biliśmy się z policją, my rzucaliśmy kamieniami, my zbiorowo paliliśmy samochód TVN-u. Nie ważne, kto to zrobił i komu zostaną przedstawione zarzuty- w całą Polskę poszła informacja, że robiliśmy to MY, którzy śmiemy nazywać siebie patriotami.
Oczywiście to, o czym mówili wczoraj i dzisiaj przedstawiciele policji, całkowicie mija się z prawdą. Podczas około 2 godzinnego marszu, oddziały policji widziałem może kilkukrotnie, zwłaszcza pod kancelarią premiera. Ludzie chcący zakłócić marsz mogli to zrobić na setki sposobów, nie mieli w żaden sposób utrudnionego zadania. Na szczęście, w samym marszu obeszło się bez przykrych incydentów. To nie zmienia faktu, że policja zawiodła na całej linii.
Przedstawiciele środowiska kibicowskiego, rozpracowywanego i inwigilowanego przez policję i inne organy państwowe, pojawili się niewiadomo skąd, zamaskowani i agresywni. Jeśli byli to kibice, było możliwe powstrzymanie ich pojawienia się na tym marszu. Podobnie możliwe było powstrzymanie niemieckich lewackich środowisk anarchistycznych, które zjeżdżały do Polski w wiadomym celu. Jednak komu miałoby na tym zależeć? Przecież teraz powszechnie krytykowane przez opinię publiczną środowisko narodowe nie będzie stanowiło zagrożenia dla władzy. W razie protestów spowodowanych, na przykład, podwyższeniem wieku emerytalnego władze zabronią „potencjalnie niebezpiecznej” demonstracji, przypomną wczorajsze „zamieszki”, pokażą 100 nie uczestniczących w marszu, a jednak uznanych za popierających go, chuliganów. Dlatego jestem przekonany, że wśród kibiców walczących z policją byli liczni prowokatorzy.
Natomiast jak na prawdę wyglądał marsz... Na Placu Konstytucji było głośno. Organizatorzy co chwilę nawoływali, by odsunąć się jak najdalej od kontrmanifestacji oraz miejsca walki z policją. Gdy już cały marsz opuścił plac, „kibice”, jeśli można ich tak nazwać, zostali, by bić się z policją. Nie można ich zatem nazywać uczestnikami Marszu – nawet nie poszli razem z nim, nie byli tym zainteresowani. Podczas Marszu, gdy TVN, Superstacja i inne kanały pokazywały starcia z policją, my powoli szliśmy ku pomnikowi Dmowskiego, śpiewając Rotę, Mazurka Dąbrowskiego, krzycząc „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Oczywiście, 15 tysięcy osób idących w ten sposób to dla mediów mało ciekawy widok. Lepiej pokazać setkę pałowanych bandytów. Na Placu na Rozdrożu, gdy maszerujący dochodzili do celu, trwała 10 minutowa anarchia. Pomimo, iż organizatorzy Marszu próbowali chronić samochód TVN-u, niestety się to nie udało. Policja patrzyła na to nie reagując. Przynajmniej będzie co pokazać w telewizji. Gdy samochód został podpalony, policja zaczęła interesować się sytuacją, chwilę potem zgromadzenie zostało rozwiązane. I słusznie – w tej sytuacji przebywanie olbrzymiej ilości osób w jednym miejscu nie miało sensu. I jeszcze jedno - oczywiście, o spalonym samochodzie TVN-u dowiedziałem się, tak jak większość uczestników Marszu Niepodległości, po jego zakończeniu, z mediów. Na zakończenie, wstawiam zdjęcie, które niestety idealnie pokazuję manipulacje, której dopuściły się telewizje przy informowaniu wczorajszych wydarzeń



Komentarze
Pokaż komentarze (3)