Kilka dni temu Herman Cain, Republikański kandydat na prezydenta, zapytany został o jego opinię na temat działań Baracka Obamy w sprawie Libii. Było to dla niego ewidentnie zaskakujące pytanie, gdyż bardzo dużo czasu (zwłaszcza jak na polityka) zajęło mu zebranie myśli na ten temat. Można to obejrzeć pod podanym poniżej linkiem:
http://www.youtube.com/watch?v=WW_nDFKAmCo
Pare dni wcześniej Rick Perry, również kandydujący na urząd prezydenta z ramienia partii Republikańskiej, wypowiadał się w czasie debaty kandydatów tej partii zorganizowanej przez telewizję CNBC na temat ministerstw, które zamierza zlikwidować, gdy zostanie prezydentem. Na wstępie zaznaczył, że będą to 3 resorty, po czym przeszedł do ich wymieniania: ministerstwo handlu, edukacji oraz... no właśnie. Przez minutę kandydat próbował przypomnieć sobie nazwę trzeciego urzędu, który za jego rządów poszedłby do kasacji. Niestety, bezskutecznie.
Dlaczego o tym wspominam? Otóż, po wpadce z Libią, poparcie dla Caina w sondażach spadło z poziomu 25-35% do średniego poziomu 14%-25%, czyli średnio o 10 punktów procentowych. To sporo. Natomiast, po niefortunnym występie w debacie (zresztą, w przypadku tego kandydata każda debata oznacza jakąś wpadkę) , poparcie dla Perry’ego spadło z poziomu 10-15% do 4-10% w zależności od sondażu.
Zastanawiam się, dlaczego po jednej wpadce kandydatom w Ameryce poparcie spada o 30%, zaś w Polsce po wielu więcej wcale? Dlaczego Polacy wciąż głosują na tych samych ludzi, którzy kompromitowali się już dziesiątki razy, czy to rozmaitymi gafami, wzajemnymi oskarżeniami i wymuszonymi przeprosinami, czy, co najgorsze, – własną nieporadnością podczas dzierżenia władzy. W Stanach Zjednoczonych największe poparcie osiągają w tej chwili politycy używający ciętego języka, kontrowersyjnych wypowiedzi, nie bojący się niepoprawności politycznej. Zaś w Polsce nieustannie w cenie jest mydlenie oczu i brak konkretów. Partie ideologiczne, bez względu na to, czy to KNP Korwina-Mikkego, czy PPP Bogusława Ziętka, nie mają żadnej szansy przebicia. Stoją w cieniu uwielbianych przez obywateli bezideowych sztucznych tworów, które, z powodu braku spajających je poglądów, co pewien czas sie rozlatują i tworzą nowe. Podobno 95% ludzi to idioci. Patrząc na wyniki wyborów, jestem bardzo bliski temu stwierdzeniu. Ale nie potrafię pojąć, czemu Amerykanie są na tyle inteligentni, by wysyłać nieudolnych polityków na emeryturę, zaś Polacy na tyle głupi, by panicznie bać się jakiejkolwiek zmiany elit rządzących krajem (w tym wypadku – niszczących go...). No ale cóż, każdy naród ma jakąś specyfikę, może naszą, obok pozytywnej honorowości, jest także głupota...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)