Snotatnika młodej lekarki. Ehę, Ehę, Będąc młodom lekarką brutalnie wrzuconom na szerokom wodę, czyli pierwszy front masowej dereligizacji, naszej kochanej służby zdrowia, spacerowałam sobie spokojnie z moim psem Czarkiem nie opodal mojego nowego domu. Zażywając świeżego powietrza nuciłam sobie pod nosem :
„czerwony jak cegła,
rozgrzany jak piec,
musze mieć ,
musze go mieć”
lalala ! ,
gdy wtem zadzwonił mój telefon komórkowy.
- Dziędobry pani dochtór !
- A dziędobry . I któż to do mnie wydzwania w dzień wolny od pracy ? (dodam, że była sobota późmnym już wieczorem ) ,
- To ja Pani dochtór! Nie poznaje Pani ? Krystek Dałskrewić! Mamy tu tragiczny we wskutkach wypadek przy pracy i musze zaraz do Pani dojechać z prośbom o ratunek !
- Czy to jest konieczne? Muszę pana jolalnie uprzedzić, iż aktualnie stojem na trawniku, mój Czaruś rombie kupkę, aż mniło popatrzeć, a w nowym domu nie mam jeszcze wyszykowanego gabineta .
- Absolutnie konieczne pani dochtór !
- Proszem zatem przyjeżdżać.
- Za niemałom chwilkem staneło we drzwiach moich potężnie zbudowane chłopisko z lekko przysypanym siwiznom zmierzwionym włosem, trzymają pod pachom podobny gatunek ludzki.
- Bryyyywieczór pani dochtór, wyrzęził ostatkiem sił, a ludzki „zezwłok” wypadł mu na podłogę.
- Dobry wieczór. A cóż to pana do mnie sprowadza ?
- Sprowadza mnie pani dochtór - Myopia !
- A gdzież to świństwo panu wyrosło ?
- Nigdzie mi nie wyrosło , tylko kolega go zaliczył w tym ślicznym programie Śkło Kontaktowe .
- I w tym właśnie momencie moje nogi ugły się podemną niczym pod młodziutkom kaczuszką, a wE brzuchu poczułam jak nagle zaczeło mi - SZALEĆ - miliony motyli ! Czyżby ten „zezwłok”, który teraz bez tchu zalega na mojej wycieraczce byłbyż miłościom mojego życia ? Sławnym redachtorem Grigorim Mieńcuszkowem ? Z gardła wydarł mi się okrzyk rozpaczy ! ! Nie może być ! I cała rozpalona rzuciłam się ratować ukochanego, metodom usta, usta !
- Gdy już dopadłam słodkich ust i już, już miałam tchnąć w nie życiodajny oddech, moje uszy zaatakował cichy aczkolwiek zdecydowany i cedzony przez zemby zjadliwy dźwięk.
- Złaź ze mnie babo jedna „cholera jasna”, nic mi nie jest tylko zemglałem chwilowo bo cały czas mam przed oczyma koszmar Jar-Kacza !
- Zimny lód zmroził mi trzewia, a wszystkie motyle nagle uszły dolnom partiom mojego ciała.
- Medycyna jest w takim razie bezradna rzekłam podnosząc się niezdarnie acz honorowo. Proponuję iść do zielarza albo do jakiego innego szamana ludowego. Nic tu po was !
- No i właśnie pani dochtór , włączył się skwapliwie Krystek . W tym rzecz, że tu nie chodzi jakiegoś tam szamana, tylko o medycynę na najwyższym poziomnie. On nie widzi ducha tylko wszędzie tego przebrzydłego Jar-Kacza – ot co ?
- A jeśli tak to służę uprzejmnmie i proszem do środka. W tym pięknym oto momencie uznałam, iż nadszedł już czas aby wzionć sprawy we własne rence i pięknym lewym prostym zaaplikowałam pacjentowi narkozę. Pacjent zwiotczał natychmiast, po czym swobodnie moglismy go przenieść do mojego warsztatu. Kolega Dałskrewić wydatnie pomógł mnie w tem czasie unieruchomić wątłe ciało pacjenta, związawszy mu ręce i nogi szerokom taśmom klejoncom, zaś jego zaatakowanom Mytopiom głowę zakleszczyliśmy we starym imadle.
- Śmiałemi ruchami ogoliłam pacjentowi bujnom czuprynę i przystapiłam do trepanacji czaszki. ( bzzzzzz....). Podniesłam lekko denko usuwając zakrzepy ( sssluuup) i moim pięknym oczom ukazał się bogato wykształcony zbiór cudownie poskręcanych zwojów mózgowych. „Jakże zawiłe myśli muszą rodzić się w tej dojrzałej masie” , przemknęła mi własna myśl lotem błyskawicy. (fffluup, sslluup ) Zaczęłam penetrować genialne zwoje dwoma palcami z nadzieją wykrycia (tak przy okazji), ośrodka miłości bowiem mimo tak zimnego prysznica jaki wziął i spadł na mą skromną osobę w okolicach drzwi wejściowych, nadal miałam nadzieję na uratowanie tego związku. I w tym momencie doznałam olśnienia wyciongajonc do wierzchu nerw wzrokowy ! Eureka ! Blady jak papier kolega Dałskrewić spoglondał przerażony jak porusza się lewa gałka pacjenta. Zupełnie nie wiedząc czy to dlatego , że narkoza przestaje działać, ponownie wyprowadził przepienknyyyy prawy sierpowy na skroń swojego pryncypała. Ciałem szarpnęła konwulsja i znów zlaegło całkiem spokojnie. Eureka ! Darłam się dalej jak oparzona, wiedząc, że wiem już co w trawie piscy .
- A czegóż to pani dochtór się tak wydziera zapytał kolega Dałskrewić ?
- Ja tymczasem nasmarowawszy lekko zwoje (szaaaast, praaaaast ), smarem rowerowym, zwulkanizowałam jedną maleńką dziurkę i zdecydowanym ruchem zamknęłam mocno denko ( trrraach! ), spinając skórę klamerkami do bielizny (klip.klip,klip,klip,klip).
- Tak więc drogi kolego Dałskrewić mogem już teraz postawić trafnom diagnozę. U tegoż otóż pacjenta mamy do czynienia z bezdenną projekcją jaźni co w konsekwencji prowadzi do poważnych zaburzeń fal mózgowych i potężnej projekcji koszmaru , który to w tym akurat przypadku przybiera wstrętna fizjonomię znanego nam skądinąd Jar-Kacza. Takie stany powstają tylko wtedy gdy wymiary przednio-tylne oka są zbyt duże, a siła łamiąca układu optycznego zbyt wielka. Z tego powodu obraz z projekcji koszmaru powstaje przed siatkówką i człowiek widzi w dal nie bardzo wyraźnie.
- Już po wszystkiem może go pan wybudzić, rzekłam zwalniając głowę z imadła.
- Gdzie ja jestem ?
- Wszystko będzie dobrze. W moim gabinecie, wmówiłam oszołomionemu jeszcze narkozą pacjentowi, dyskretnie usuwając resztki taśmy klejącej. Przeprowadziliśmy operację mającą na celu ulżyć pańskim cierpieniom.
- Czy nosi pan szkła kontaktowe – zapytałam nie dając mu przejść do kolejnych pytań ?
- Tak, a dlaczego Pani doktor pyta ?
- Muszem coś jeszcze sprawdzić zanim postawię pełnom diagnoze i wprawnym ruchem zadarłam do góry prawą powiekę pacjenta. ( ffllloop ) Podważyłam pencetą i jedna z soczewek pofrunęła daleko lądując miękko w puszcze smaru. Ma pan szczęście, mruknęłam wesoło wyciągając soczewkę. . ( ffllloop ) Delikanie przetarłam (ziii, ziiiii), szmatką i podstawiłam pod światło. Jakież było moje zdumienie , gdy zobaczyłam odbity obraz koszmaru Jar-Kacza na wewnętrznej stronie soczewki. Widzi pan ? Najprawdopodobniej była to tak silna projekcja w pańskim genialnym przecież umyśle (sama widziałam to wiem ), że obraz tego wrednego wichrzyciela wypalił się jak laserem na wewnętrznej stronie pańskich szkieł kontaktowych. Zresztą widzi pan to sam. Musze tez dodać że to dość zamierzchły model soczewek, jak mi się wydaje jedna z ostatnich serii wyprodukowanych w socjalistycznej ojczyźnie. Doradzam stanowczo wymianę szkieł kontaktowych na nowe. Dziś to już zupełnie inna technologia panowie. Takie szkła same oddychają i przepuszczają tlen , czyli świeże powietrze. Dzięki temu oczy są w doskonałym stanie i widzą zawsze dwie strony medalu, a wzrok nigdy nie zawodzi. Koszmar Jar-Kacza zniknie, słowo panu dajem.
- Pani dochtór , ale ja nie mogę zmienić szkieł. Pani mi natychmiast odda to jedno! To zachwiałoby podstawami mojego programu , a do tego nie mogę dopuścić! No i co Pani zrobiła ! O ! Tym smarem wytarła mi pani delikatny wizerunek Jar-Kacza ! I co ja teraz biedny zrobię ?
- Tego nie wiem! Przyszliście panowie po ratunek i mogem śmniało powiedzieć, że nowoczesna medycyna znów odniosła poważny triumf . Został pan skutecznie wyleczony i może pan jutro wracać do pracy! W prawym oku będzie pan cały czas miał koszmar Jar-Kacza, a lewym łypnie pan sobie od czasu do czasu w inną stronę. Sama przyjemność, gwarantuję to panu.
- Taaaa ? Grigori zaczerwienił się na obu policzkach ! Jest pani naprawdę kochana ! Bardzo pani dochtór dziękuję ! Teraz mogę się przyznać, że uratowała mi Pani życie, bo już nie mogłem wytrzymać z tą wizją koszmaru Jar-Kacza w obydwu oczach ! Przez to poważnie rzucało mi się na psyche. Czuje się teraz o wiele lepiej i przyrzekam, że już zawsze będę widział obie strony medalu , a nie tylko jedną jak to dotychczas bywało. Wyrzucę to jedno szkło kontaktowe ! Najlepiej do kominka i co by ślad po nim wszelki zaginął ! O ! (ziuuup)
- Dowięzienia pani dochtór i bardzo dziękujemy za ratunek .
- Dowięzienia, dowięzienia ! Panowie wyszli pośpiesznie, a ja składając zakrwawione narzędzia do sterylizacji puściłam wodze bujnej fantazji. Powiedział kochana ! A jednak udało mi się uratować nasz związek ! Oj, wy chłopcy, chłopcy! Jak te duże dzieci. Wojujecie, wojujecie, a i tak do cycusia wszyscy lgniecie . A uszach ciągle brzmiała mi ta sama piosenka ....
„czerwony jak cegła,
rozgrzany jak piec,
musze mieć ,
musze go mieć”.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)