Kto może być w wolnej Polsce szefem Ministerstwa Edukacji Narodowej? Pytam o to sam siebie od momentu kiedy szefem tego ministerstwa został Roman Giertych. Kilka dni później niewidzalna ręka przylepiająca w III RP łatki dobrego i złego zaczęła organizować masowe protesty przeciwko Giertychowi. A to młodzież szkolna, a to młodzież uczelniana należąca do postkomunistycznych organizacji politycznych, a to powoli, po cichu nauczyciele, szczególnie ci związani z proSLDowskim Związkiem Nauczycielstwa Polskiego. W sobotę ponoć 11 tysięcy nauczycieli wyszło na ulice Warszawy. Pan Broniarz z facjaty typowy funkcjonariusz partyjny nawoływał tłum moherowych postakomunistów uczących jeszcze w szkołach do obalenia Giertycha. Pod Sejmem wyszedł do tłuszczy współkoalicjant i polityczny partner, Wojciech Olejniczak, szef SLD. A ja dalej sam siebie pytam, kto w wolnej Polsce może być ministrem edukacji, osobą odpowiedzialną za naukę dzieci i młodzieży w Polsce?
Może nim być Jerzy Wiatr, marksista-leninista? Może. Był przez lata. Nikomu to nie przeszkadzało. Mogła być Krystyna Łybacka, marksistka-leninistka? Mogła. Nikt nie protestował. Dawała kasę na lewo i prawo wszystkim od organizacji gejowskich po ZSMP. Bo ZSMP żyje i ma się dobrze, a miało się jeszcze lepiej dopóki Giertych nie znalazł się w MEN. Wściekłość przeciwko działaniom tej ekipy jest ogromna. Sam przyznaję, że niekiedy za dużo w działaniach ministra i jego otoczenia jest posunięć niepotrzebnych, zbędnych, które dają pożywkę przeciwnikom jakichkolwiek działań mających odwórcić bieg wydarzeń w polskiej oświacie. A te zmiany są potrzebne. Są niezbędne.
W swoich działaniach publicznych w krakowskim samorządzie spotykałem się z wieloma rodzicami zaniepokojonymi tym, że ich małe dzieci nie chcą zostawać na świetlicach szkolnych. Nie chcą korzystać z wyjść do kina, teatru ze starszymi rocznikami. Próbowałem śledzić, interweniować. Mur niechęci, ukręcanie sprawom łba, po prostu szkolne ZNP. Spór pomiędzy sobotnimi manifestantami a Romanem Giertychem jest sporem kluczowym, jest batalią o przyszłość polskiej oświaty. Kto tę batalię wygra, ten albo zakonserwuje ten fatalny układ w polskiej oświacie, albo zmieni jej oblicze. Czy Giertych może uczynić z polskiej szkoły, z polskiej edukacji twór nie tylko bezpieczny i zdyscyplinowany, ale także nowoczesny, który da Polsce nie intelektualnie wystraszone kaleki, ale prawdziwe elity? Nie stać mnie na takie rozstrzygnięcie. Osobiście trzymam za działania MEN kciuki.
A odpowiedź na pytanie, kto może być w wolnej już Polsce szefem MEN, odpowiedź jest chyba jedna. Standardy narzucane przez przyszłą koalicję PO-SLD są jasne. Może nim być osoba otwarta, tolerancyjna, może być gejem, albo lesbijką. Powinien być w przeszłości w UD albo UW, a z PZPR powinien wystąpić w 1968 r., najpóźniej w 1980 r. kiedy już oczy miał szeroko otwarte na "kłamstwa starego systemu". Minister taki nie powinien stresować młodzieży, oprócz palarni tytoniu w szkołach powinny być uruchamiane palarnie marihuany, a na dodatkowych zajęciach pozalekcyjnych, na które UE daje trochę euro powinno się szkolić z przemocy starszych nad młodszymi. Obowiązkowe zajęcia edukacji seksualnej, lub, jak chce pan Gadzinowski instruktaż "stosunku homoseksualnego" powinny być przeplatane z tematyką tego jak najlepiej i najskuteczniej wykorzystać seksualnie uczennicę. W tych zajęciach mogą brać udział także grono pedagogiczne z dyrekcją na czele. To wszystko i wiele innych niewymienionych czynników jest gwarantem dobrego kierunku polskiej oświaty. Czy doczekamy się takich szefów MEN. Pan Broniarz i jego ekipa zwieziona w sobotę do Warszawy za pieniądze będzie mogła wówczas spać spokojnie. Spokojnie zasną w końcu pani Dunin, panowie Sierakowski z Gadzinowskim, oraz nie wiem jak właściwie określić panowie/panie Biedroń i Niemiec.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)