Podobny koszmar musiał przeżyć redaktor prowadzący „Gazety Wyborczej”, gdy na jego biurko spłynęła wiadomość o odtajnieniu przez CIA dokumentów dotyczących Stanu Wojennego. Tu redakcja właśnie rozpoczyna rozpisaną na wiele dni akcję przybliżania Polakom Jaruzelskiego, a tam nagle wszyscy trąbią o dokumentach CIA; i akurat nie ma kontaktu z redaktorem Michnikiem, i nie ma kto zadecydować, jaka jest linia. Oburzyć się pryncypialnie? Wyszydzić? Zatrudnić dyżurnych intelektualistów do wyrażania niesmaku, że frontowego żołnierza, który przeszedł cały szlak bojowy LWP, opluwa się na podstawie raportów zdrajcy i szpiega? Wykazać, że za CIA stoi Kaczyński? A może pójść na całość i ogłosić, że dokumenty CIA dowodzą niewinności Jaruzelskiego? Odpowiedzialność straszna, bo raz podjętej decyzji będzie się musiała gazeta trzymać. „O rozpaczy najczarniejsza redaktora!”
Najwyraźniej opinii politbiura nie udało się uzyskać na czas, a i wertowanie dzieł zabranych redaktora naczelnego nie przyniosło wiedzy o tym, jaka jest aktualna linia w kwestii Kuklińskiego i CIA. W efekcie „Gazeta Wyborcza” jako jedyna w ogóle nie poinformowała o wydarzeniu, które we wszystkich innych mediach było niekwestionowanym „newsem” dnia. A co tam; w końcu jej czytelnicy z zasady nie czytają niczego innego i są z tego dumni. Więc lepiej, że dowiedzieli się z opóźnieniem, ale od razu i z egzegezą: „dokumenty nie dają jednoznacznej odpowiedzi”. Bez tego męczyliby się, nie wiedząc, co myśleć.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)