Pamiętam chleb w Michałowie. Półtorakilogramowy, okrągły z grubą skórką, po kilku dniach był jescze lepszy niż świeży. W zasadzie nie trzeba go było niczym smarować żeby czuć się usatysfakcjonowanym jego smakiem.
Mogłem sobie usiąść z połówka chleba i kubkiem mleka i wcale nie uważałem tego za złą kolację. Wtedy taki stan rzeczy zdawał mi się normą.
A dziś? Kiedyś nie lubiłem bułek, wolałem chleb, dziś często jadam bułki ponieważ tego co nazywają w sklepie chlebem nie da się wziąść do gęby. Sypie się toto, smak ma jak to mówią "podobny zupełnie do niczego", skórka blada i wątła, syf. Czy to jest jeszcze chleb? Raczej wyrób chlebopodobny.
Sytuacja z chlebem jest dla mnie metaforą jakości naszego dzisiejszego życia. Zamiast rozrywki w telewizji dostajemy wroby rozrywkopodobne, zamiast publicystyki dostajemy wyrób publicystykopodobny. Merkantylna propaganda zmieniła nam Świeta Bożego Narodzenia w wyrób świętopodobny, Święto Obłędnych Zakupów w istocie.
Boże, daj mi siłę żebym się przed ta inflacją otaczającej rzeczywistości bronić potrafił.
P.S. Z rysunkiem się niestety troszke spóźnię ale postaram się żeby we wtorek był. Wybaczcie

Inne tematy w dziale Polityka