11
Porywisty podmuch poderwał poplamione papiery poniewierające się przy pokiereszowanym parkanie. Uniesione w powietrze drobinki kurzu zamigotały kolorem starego złota, opadając w tak samo wolnym tempie, w jakim lewa stopa Małego Joe przesunęła się w lewo. Nie w sekundę, nie w ułamek sekundy później, ale dokładnie w tym samym momencie, to znaczy nie wiadomo kiedy, prawa stopa Suchego przemieściła się w przeciwną stronę. A potem prawa noga Małego Joe i lewa Suchego pokonały identyczny dystans. I nie sposób było określić, kto rozpoczyna, kto odpowiada, kto prowadzi ten taniec, a kto jest lustrzanym odbiciem, odmieniającym postać, lecz nie ruch.
Protagoniści zatoczyli koło i powrócili do punktów wyjścia, toteż laik nazwałby ich działania bezproduktywnym baletem. Aliści okrąg był w istocie elipsą i odstęp między plecami Małego Joe a murem skurczył się odrobinę.
– Dość – wycharczał Mały Joe, robiąc krok naprzód.
– Za dużo gadasz, Joe – mruknął Suchy, postępując ku niemu.
I jakby ze zniwelowaniem dzielącej ich przestrzeni runął cały układ – ruchy przeciwników odzyskały cechy indywidualne, nabierając zarazem kolosalnego przyspieszenia.
Dla patrzących nie miało większego znaczenia, czyja percepcja potwierdza teorię poznania E. Husserla, a czyja zbliża się do nieco odmiennych poglądów J.P. Sartre’a. Nie dziwiło ich, że akty postrzegania odbierane jako jednoczesne, układane były przez rozum, pamięć i doświadczenie w porządku chronologicznym. Nie podejmując beznadziejnego trudu rozstrzygnięcia czyja ręka drgnęła pierwsza, spuszczając z uwięzi ostrze mknące ku odchylającemu się w uniku gardłu, wiedzieli, że takie mniej więcej czynności zaszły, choć zobaczyli dopiero bagnet Suchego wibrujący w fudze muru i nóż Małego Joe koziołkujący po chodniku na skraju wyciągniętego cienia, jaki rzucała krępa, lecz idealna w proporcjach sylwetka Suchego.
Ruszyli znów i odtąd nie przystanęli ani nie zwolnili tempa, zagęszczając każdą sekundę zmiennym rytmem ataków i zasłon, zwodów i uników. Wtem Suchy się zachwiał. (Późniejsi badacze zajmą się dociekaniem przyczyn). Mały Joe dawno zniknąłby z Dzielnicy, gdyby nie umiał wykorzystać takiej okazji. Jego trzymająca brzytwę ręka wystrzeliła na spotkanie pochylonej twarzy Suchego. Cios – mierzony w oczy – musnął brodę Suchego. Zapewne jednak utrata równowagi była celowym manewrem, gdyż w momencie wyprowadzania ciosu Suchy był już wygięty do tyłu; odbił się i zawisnąwszy w powietrzu – kopnął dwukrotnie.
Drugie uderzenie, mimo prawidłowej, finezyjnej, lecz minimalnie spóźnionej reakcji obronnej trafiło w nos Małego Joe, przesuwając ten organ w stronę czoła. Suchy wylądował, a Joe – wiedząc, że zaraz oślepi go krew – przerzucił brzytwę do lewej ręki; w prawej szczęknęła sprężyna. Runął naprzód, wznosząc ostrza niczym banderille. Ale to raczej on przypominał w tym starciu oszalałego z bólu byka.
Suchy wykonał zwrot, brzytwa przecięła resztki czerwonej koszuli, a energia ciosu nie napotkawszy oporu, pociągnęła za sobą Małego Joe. Widzowie po raz pierwszy od wydłużonego prologu wyemitowali głuchy szmer. W ręku Suchego błysnęła nowa kosa. I natychmiast zmatowiała. Trafiony w bok Mały Joe okręcił się w powietrzu i zwalił na plecy.
cdn.
180
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze