bren bren
181
BLOG

Mokra sobota, odc. 10

bren bren Kultura Obserwuj notkę 0

12
Upadek Małego Joe nie był może zdumiewającą niespodzianką, ale było nią na pewno to, że nie zakończył rozprawy. Mniejszą sprawiłby starożytnym Grekom jakiś obłąkany Eurypides, podżegając chór, by miast przewidzianego exodos przemienił stasimon w dzikie kommos i traktując dosłownie dionizyjskie misterium, rozerwał aktora na strzępy. Jak tłum mechaników otacza bolid Formuły 1, aby wykonać maleńkie cząstki wielkiego zadania i mieć swój udział w celu, którym nieodmiennie, niezależnie od aktualnej pozycji kierowcy jest zwycięstwo, tak stado bezimiennych, na których nikt serio nie liczył – zwłaszcza wobec niekorzystnej koniunktury – okrążyło Suchego. Bez przygotowania, ustaleń i obwieszczeń inicjatywę przejął Tomcio zwany Bydlakiem, i pod jego przewodem walczyli z dziką determinacją, w jednoczesności ataku pokładając nadzieję sukcesu.
 Bezwiednie zastosowana taktyka miała swoje zalety, i wzmagała zapał, ale mało wprawni zapaleńcy głównie przeszkadzali sobie w tłoku, ułatwiając Suchemu wyrwanie się z przykrej opresji. Bydlak rozpoczął, i wkrótce stał się Byłym Bydlakiem, inni kotłowali się nadal, a Suchy, przesłaniany chwilami gąszczem napastników, konsekwentnie przeciskał się w stronę muru. Powoli i nie bez trudu, więc napięcie nie opadło raptownie, chociaż nie należało akurat teraz spodziewać się godnych zapamiętania akcji czy nowatorskich rozwiązań technicznych. Choćby ze względu na ścisk, mokre i zasłane ciałami podłoże, i coraz wyraźniej zauważalne zmęczenie Suchego.
 Nagle Suchy wyskoczył ponad napastników, przebiegł kilka metrów po murze, jakby pionowo ustawione cegły zamieniły się miejscem z brukiem, i znalazł się w korzystnej sytuacji na tyłach skłębionej i zdezorientowanej masy przeciwników. Nie mogli się wycofać, ale wcale nie przejawiali takiego zamiaru – w amoku, ze ślepą zaciekłością, parli na Suchego nieprzerwanie. Jak długo miało to jeszcze potrwać?
 Niespodziewanie w drobnym prześwicie w gąszczu zasłaniających Suchego sylwetek mignął jakiś dziwny kształt. – Pies! – wrzasnął ktoś z tłumu, a Suchy odruchowo krzyknął: – Jet! – choć nikt lepiej od niego nie wiedział, jak boleśnie absurdalne jest to wezwanie. Ileż to lat – a uczucie bólu było równie dojmujące, co w chwili, gdy uświadomił sobie po raz pierwszy, że już nikt nigdy nie odpowie na ten okrzyk.
 W mgnieniu oka ci, którzy zachowali zdolność poruszania się – wykorzystali ją do ucieczki, uważając naiwnie, że uchroni ich to od zetknięcia ze straszliwą bestią. Popłoch był bezzasadny – gdyby ich przypuszczenia miały związek z prawdą, większość z nich już by leżała, podcięta uderzeniem rozpędzonego barku. Obok Suchego podskakiwał jak piłka mały piesek, a nawoływania z pobliskiej bramy pozwalały się zorientować, iż to małżonka Wicia Pacykarza niefrasobliwie wybrała się na spacer ze swym ulubieńcem.
 Suchy, jak nakazywała tradycja, rozejrzał się wokoło, a że na nieme wyzwanie: „Czy ktoś ma wątpliwości?” nie pojawił się żaden odzew, powolutku odszedł w stronę, z której nadjechał. Milczenie trwało, a pierwszą osobą, jaka się poruszyła, był Mały Joe. – Żyję – szepnął ze zdziwieniem. Inni nie zamierzali wygłaszać opinii ani uzgadniać ostatecznej wersji oglądanych z różnych stron fragmentów. Przekonani, że to nie może być KONIEC, że ta sobota potrwa jeszcze długo, przemyśliwali nerwowo: gdzie teraz? Dokąd się udać po udzieleniu pierwszej pomocy potrzebującym, aby stracić jak najmniej z nieuniknionej kontynuacji wydarzeń?

 Suchy nie podejrzewał, ale i nie zastanawiał się nad tym, co czeka go za rogiem, jak i nie zwracał uwagi na pierwsze krople deszczu pieszczotliwie muskające jego poharataną twarz. Wciąż nic nie pojmował, nie mógł zrozumieć. Czemu zresztą nie sposób się dziwić. Dla niego słowo „pies” miało tylko jedno znaczenie. Bokser.

Koniec cz. 1 
 

bren
O mnie bren

Nie ma takiego poświęcenia, na które by się człowiek nie zdobył, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. /sir Joshua Reynolds/

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura