W knajpie U Grubego wrzało.
Ktoś postronny, usłyszawszy takie zdanie, prawdopodobnie nie umiałby sobie wyobrazić bardziej wyświechtanego określenia. Gdyby jednak znalazł się w rzeczonym wnętrzu (co było równie niewyobrażalne), chyba wpadłby na stosowne porównanie. Nawet nie będąc szczególnie wnikliwym obserwatorem.
Na wszystkich ścianach widniały tu bladoniebieskie koła w granatowej obwódce. Niegdyś posadzka pokryta była identycznym wzorem, teraz ledwie widocznym jedynie pod miękko wyściełanymi ławeczkami. I – fragmentarycznie – za służącą do oparcia stóp barierką przy barze, gdzie nie sięgało niszczące działanie ciężko przesuwanych wysokich stołków. Reszta, a więc niemal cała powierzchnia, przypominała szarobure klepisko. Niezliczone buty, obcasy, pazury towarzyszących gościom zwierzaków, koła rowerów i wózków, podstawy siedzisk, przeciąganych od stolika do stolika, kanty przepychanych skrzynek, lepkie plamy i brutalne szorowanie – nie zostawiły najdrobniejszego śladu po misternych malunkach. Posadzka była zatem wyświechtana w stopniu adekwatnym do banalności użytego wcześniej zdania.
Z drugiej znów strony, gdyby ktoś postronny przebywał tu akurat w tym momencie (co było zupełnie niemożliwe), co innego zwróciłoby jego uwagę. Zastanawiałby się zapewne nad uderzającą nieprzystawalnością obiegowego określenia do rzeczywistości. I każde słowo potęgowałoby jego zdziwienie. Bowiem barak na rogu Placu pełnił m.in. funkcje rozrywkowe, ale „knajpa” na pewno nie zajęłaby pierwszego miejsca na liście związanych z nim skojarzeń. Z kolei popularna nazwa pochodziła z czasów założycielskich, gdy współwłaściciele toczyli nader skuteczną walkę z anoreksją. Najbardziej fałszywie brzmiał ostatni i podstawowy frazes. Sugerował wzmożony, np. sobotni ruch, wrzawę rozochoconych klientów czy tańce i śpiewy inspirowane przez didżeja. Albo przynajmniej szum rozmów, brzęk szkła, syk pary z ekspresu.
Zazwyczaj, aby przebić się przez dźwięki muzyki, dochodzące z zawieszonych pod sufitem potężnych głośników, goście musieli podnosić głos lub zdawać się na kogoś siedzącego obok i przekazującego ich wypowiedź osobie po przeciwnej stronie stolika. (Metoda ta, pozornie efektywna, z powodu przypadkowego lub celowego przeinaczania wypowiedzi często zmieniała konwersację w dość gwałtowny spór, a i bez tego – ze względu na powtarzanie każdej kwestii – w bilansie ogólnym nie wpływała na zmniejszenie gwaru).
Tymczasem we wnętrzu panowała cisza. Tak właśnie należało powiedzieć. Jakikolwiek dodatek („grobowa” itp.), wzmacniający wrażenie czy podbijający kontrast ze stanowiącym podstawę rozważań sloganem, oznaczał mijanie się z prawdą. Nie tylko dlatego, że dochodziły tu przecież – z nadzwyczajną wyrazistością – nigdy nie zamierające odgłosy Placu.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)