bren bren
198
BLOG

Mokra sobota, cz. 2; odc. 2

bren bren Kultura Obserwuj notkę 8


Oczywiście, cisza jako taka, nie była niczym zdumiewającym. Ani tu, ani gdzie indziej. Zdarzało się wszak dość często, i to o różnych porach, że w lokalu nie było nikogo. Albo zaledwie pojedynczy gość pogrążony w lekturze gazety sączył kawę, nie zważając na zanik muzycznego tła. Barman drzemał lub układał pasjansa kilka kroków od sprzętu – a więc w odległości zbyt dużej, by bez dodatkowej przyczyny wstać i włączyć nową ścieżkę. Z błogiego letargu nie wyrywało go odstawienie przez klienta opróżnionej filiżanki, choć dźwięk towarzyszący owej czynności – niekiedy nazbyt demonstracyjnej – rozlegał się w tych warunkach donośnie. Ponieważ bywało, że taka sytuacja trwała godzinami (ku rozpaczy właścicieli), trzeba przyznać, że mieściła się w szeroko pojętej normie.
Jednak tym razem pomieszczenie nie przypominało idealnego azylu na południową, samotną sjestę. Wypełniał je tłum. Dosłownie. Miejsca siedzące, stoliki, schody wiodące na pięterko, skrawki ściany czy baru, o które dało się oprzeć – wykorzystano niemal całą przestrzeń. W przeciwieństwie do wiszących nad głowami jak niepotrzebne rekwizyty głośników, zgromadzeni nie zachowywali kompletnego milczenia. Od czasu do czasu ktoś rzucał krótki komentarz, skierowany do sąsiada lub doprecyzowywał paroma słowami gest zamówienia. Nie ulegało wszakże wątpliwości, że rwane kwestie, bez ciągłości i większego znaczenia, nie zakłócają panującej w lokalu ciszy. Nienaturalnej przy tak licznym zgromadzeniu w takim miejscu.
Wrażenie potęgowała nieruchliwość obecnych. Nie – zupełna, wysilona nieruchomość, ale ograniczenie do minimum czynności, pozbawionych kontynuacji czy choćby zapowiedzi wyraźnego, dającego się opisać działania.
Bez żadnego widocznego zakazu czy rozporządzenia dostroili się do owej nieruchawości wszyscy. Barmani, zmobilizowani jak na sobotni szczyt, stali szeregiem. Wyprostowani, nie opierając nawet rąk o blat. W komplecie albo i nadkomplecie, jakby ściągnięto specjalne wsparcie – oprócz przycupniętego z boku Dawida dało się zauważyć także innych, od dawna pracujących gdzie indziej. Rząd barmanów (składający się oczywiście i z dziewczyn, ale dla skrótu łatwiej posługiwać się jednym, seksistowskim określeniem funkcji) zdawał się trwać zastygły.
Dopiero długie i wnikliwe wejrzenie ukazywało sposób realizacji rzucanych z rzadka zleceń. Przekazywano je, kolejno, do osoby na pozycji najbliższej żądanego napoju, który następnie podawano w odwrotnym kierunku, aż dotarł w okolice spragnionego. Wszystko odbywało się dyskretnie, niemal niepostrzeżenie, w przewlekłym, rozrzedzonym rytmie. Zgodnie z dominującym nastrojem. Toteż rola barmanów – z masywną sylwetką Puszkina w centrum, poprzez Młodego, po (już za zakrętem) wysuniętą daleko od tułowia głowę Żółwia – ograniczała się na pozór do przesłaniania niższych półek z trunkami.
Wyliczanie innych jeszcze zadziwiających szczegółów byłoby bezcelowe. Ktoś postronny by ich nie zauważył, a jeśli (gdyby, czysto hipotetycznie, się tu znalazł) – i tak by ich nie roztrząsał. Prawie natychmiast doszedłby do przekonania, że określenie „w knajpie U Grubego wrzało” – nazbyt nachalnie i ostentacyjnie wyświechtane – musi być czymś w rodzaju szyfru. Czyli coś znaczy. Coś innego. Zawiera głęboko ukrytą treść, odnoszącą się do zdumiewającej sytuacji i umożliwiającą jej wyjaśnienie.
Nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć, że obie interpretacje były całkowicie błędne.

 

bren
O mnie bren

Nie ma takiego poświęcenia, na które by się człowiek nie zdobył, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. /sir Joshua Reynolds/

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Kultura