Lecz czemuż nikt postronny nie mógł tu przebywać? Postronny – czyli kto? Obcy? Wobec kogo? Jakiż krąg miałby tworzyć zamkniętą wspólnotę – w miejscu spotkań starych i przygodnych kumpli, oraz nieznajomych?
Zbyt wiele pytań naraz. Wymagających równoczesnych, wzajemnie uzupełniających się odpowiedzi. Pojawią się, pojawią, przynajmniej po części. Chociaż ich uporządkowania zagwarantować nie sposób.
Trudność nie polega na zarejestrowaniu zjawiska. Dotyczy wskazania jego przyczyn.
Teoretycznie do lokalu mógł wejść dowolny przechodzień z ulicy. Drzwi nie były zablokowane. Nie wisiała na nich – łatwa do zignorowania – kartka z informacją o „imprezie zamkniętej” lub obwieszczająca, że lokal jest w ogóle nieczynny. Przepełnienie na pewno nie działało odstraszająco. Przeciwnie.
Zgodnie z powszechnie znaną zasadą najwięcej ludzi usiłuje wcisnąć się tam, gdzie już jest pełno. Tłok przyciąga. Widok pustej sali odpycha; i trafiają do niej wykluczeni skądinąd. Wyeliminowani mimo chytrych zabiegów. Bo któż dobrowolnie opuściłby rejon szczęśliwości (gdzie garnie się masa chętnych), skazując się na upokarzającą strefę (gdzie imprezy nie ma lub jest wyraźnie gorsza), nieomylnie i nieodwołalnie wyznaczaną nadmiarem wolnych stolików i krzeseł?
Aczkolwiek, zdaniem niektórych, taki podział wyznaczał granice nazbyt dokładnie, dla większości bynajmniej nie stanowił źródła rozterek. Przeciwnie, optowali za nim zdecydowanie także ci, którzy permanentnie lądowali w ponurej pustce, natomiast nie tracili wiary, że gdzieś trwa zabawa par excellence. Dalsze dywagacje tylko by ich rozsierdziły, bo wyłącznie nadzieja się liczyła. A zaintrygowani wcześniejszymi pytaniami wiedzą już dość. Absolutnie.
Zatem to nie ciżba odstręczała przypadkowych gości. Ba, parokrotnie uchylali przeszklone drzwi, lecz mniejsza czy większa grupka zatrzymywała się na plecach prowadzącej ćmy barowej, która rozpoczynała natychmiastowy odwrót. Bez komentarza, uwag czy choćby gestu ze strony zgromadzonych we wnętrzu. Jakby odbijali się od niewidzialnej bariery. Nie musieli pojmować uzasadnienia prostego komunikatu, by dotarła do nich treść. Komplet.
Powiedzieć, że U Grubego zebrała się cała Dzielnica byłoby grubą przesadą. Zgromadzeni nie stanowili – choćby i samozwańczej – reprezentacji jakiejś społeczności. Nawet ich związek z Dzielnicą wcale nie był oczywisty – autochtoni tworzyli znikomą mniejszość. Ba, wielu z napływowych mieszkańców, przeważających w tym zbiorowisku, pochodziło z zupełnie nieprawdopodobnych miejsc. Nieprawdopodobnych ze względu na prawa Dzielnicy.
Pół biedy, że w ogóle z innych miast lub – nie ma co ukrywać – siół. Byli także urodzeni w Nowej Dzielnicy, dla których pojawienie się tutaj byłoby niegdyś aktem samobójczym. Niegdyś. Prawa Dzielnicy należały do przeszłości. Oni wyznaczali teraźniejszość. Ściągali tu indywidualnie, w różnych okresach, przeważnie do mało zachęcających budynków. Być może, dokonawszy świadomego wyboru, uważali to za sprawę ważniejszą od dzieciństwa spędzonego gdzie indziej, na co jako niewinne pacholęta wpływ mieli ograniczony. Być może. Wnosili swoje zwyczaje i prawa, łącząc je z zastanymi, aż w końcu sami nie potrafiliby określić, co zostało przejęte, a co wywodziło się z ich dawnych rejonów.
Ta dziwna mieszanka również zaczynała odchodzić w przeszłość, zanim zdążyła się przekształcić w spójną całość. Czy pragnienie jej podtrzymania mogło zatem być elementem, który ich łączył? Jeśli nawet, to nie przyznaliby się do tego. Takie nazwanie (jak pewnie i wszelkie inne) określałoby ich stosunek do dzielnicy, i tym samym stwarzało do niej dystans. A Dzielnica była ich życiem.
Różnice, niekiedy powierzchowne, niekiedy rzeczywiście ogromne, nie przekreślały wspólnoty, której nazwać się nie dało, i której nazwać nie chcieli. Nie potrzebowali.
Gdyby jednak ktoś się upierał, że mimo odmienności musi być, do cholery, coś, co ich łączy, jakaś cecha wspólna – też miałby rację.
Każdy z nich był postacią tragiczną.



Komentarze
Pokaż komentarze (35)