bren bren
315
BLOG

Mokra sobota, cz. 2; odc. 4

bren bren Kultura Obserwuj notkę 32

 

Gdy Łysy Maciek poderwał się nagle ze swego miejsca, nie zdziwiło to nikogo. Przeciwnie. Powody tej aktywności mogły być dwa. Zazwyczaj, wyskoczywszy na kawałek wolnej przestrzeni wykonywał serie nieskoordynowanych ruchów, będących w jego mniemaniu czymś w rodzaju tańca. Ponieważ owe podrygiwania i wymachy kończyn, miały – czysto teoretycznie – odpowiadać dźwiękom muzyki, która teraz nie była słyszalna, w grę wchodziło drugie rozwiązanie. I rzeczywiście, Łysy Maciek pchnął drzwi, wyszedł na zewnątrz i wsiadł na oparty o słup latarni rower.
Było oczywiste, że wykona kilka okrążeń Placu. W szaleńczym tempie, w niepojęty sposób lawirując między grupkami stojących lub przemieszczających się imprezowiczów oraz konsumentów zapiekanek i omijając grożące poślizgiem odpadki. Nikt nie znał przyczyny takich właśnie zachowań Łysego Maćka. Nawet ci (nieliczni), którzy wiedzieli o jego traumatycznym doświadczeniu sprzed wielu lat nie byli w stanie wypracować na tej podstawie jakiegokolwiek wyjaśnienia.
Maciek (wtedy jeszcze nie golił głowy) – spokojny małolat, zamieszkujący Nową Dzielnicę – był miłośnikiem zespołu muzycznego pod nazwą „Skaldowie”. Aliści pewnego dnia napotkał na swej drodze trzech osobników. Zaczepili go bez uzasadnienia, wygłaszając dość enigmatyczną kwestię: „– Tylko punk!”. Kiedy Maciek się ocknął, nadal jej nie pojmował. Lecz od tego czasu zaczął zachowywać się i ubierać inaczej niż poprzednio. A i dziś, jeśli ktoś został dopuszczony do jego kolekcji płyt odkrywał ze zdumieniem, że pod nieprawdopodobnymi nazwami i tytułami (niekiedy, niestety, także wulgarnymi, na szczęście w obcych językach) kryją się krążki zupełnie inne. Ze swojskimi napisami: Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał, Cała jesteś w skowronkach czy Szanujmy wspomnienia. Zwyczaj nabywania płyt w celu takiego wykorzystania opakowań wydawał się dziwny, ale nie znalazł się gieroj, który dopytywałby o cel owych zabiegów. Zresztą Łysy Maciek właściwie nikomu nie udostępniał swojej płytoteki.
Ponieważ nie ulegało wątpliwości, że do powrotu Łysego Maćka nie wydarzy się nic istotnego, żaden z pozostałych nie zamierzał się odzywać, aby się później nie powtarzać. Można zatem spokojnie przyjrzeć się niektórym z nich.

Nie zajmowali miejsc wedle jakiejś hierarchii, i nie wszystkie przyzwyczajenia (ze względu na tłok) mogły zostać mimowolnie zrealizowane, a jednak był w tym niedocieczony porządek.
Tuż przy wejściu, po lewej, siedział Wicio Pacykarz, co pozornie uwarunkowane było obecnością towarzyszącego mu niepokaźnych rozmiarów pieska. Steffan drzemał pod stolikiem, a potężna postać jego pozornego właściciela, zwanego też Kolegą Steffana, spoczywała na ławeczce, w nastroju nader dalekim od snu. Kolega Steffana, czyli niegdysiejszy Wicio zagadywał do sąsiadów, rzucając w ich stronę dowcipne uwagi. Ci, najwyraźniej nie łapiąc żartu, sprawiali wrażenie lekko obrażonych i nie podtrzymywali oryginalnie zainicjowanej rozmowy. Te zabiegi również miały ukryć stan Kolegi Steffana i prawdziwy powód zajęcia pozycji przy drzwiach. Przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu, zapełnionym ludźmi (a więc jakby pomniejszonym) było dla niego torturą. Na wypadek, gdyby stała się nie do zniesienia wolał zapewnić sobie możliwość błyskawicznego wydobycia się z opresji. Dlatego gotów był walczyć o to miejsce. Na szczęście nie było takiej potrzeby. Żaden z bywalców nigdy nie usiadłby tuż przy drzwiach.
Szczęście to było równie pozorne, jak wszystkie pozostałe elementy tej sytuacji, nie wspominając już o wewnętrznym rozedrganiu Kolegi Steffana. Steffan naprawdę nosił imię Patton – na cześć słynnego zakapiora z całkiem innej Dzielnicy. Jako wesoło baraszkujący szczeniak zwrócił na siebie uwagę już podczas pierwszych patroli po Dzielnicy. Jednak przechodnie, słabo zorientowani w zawiłościach onomastyki, niedokładnie słysząc nawoływania Wicia (lub na swój sposób rozumiejąc precyzyjną odpowiedź na pytanie „a jak się piesek wabi?”) wykrzykiwali Baton, a nawet Batonik. Ponieważ niewątpliwie uwłaczało to godności i patrona, i psa – konieczne stało się wprowadzenie imienia zastępczego na użytek zewnętrzny. Z czasem, poprzez nieustanne użycie niemal zupełnie wyparło właściwe miano, zmieniając je w coś w rodzaju tajemnego hasła, dostępnego jedynie tym, którzy znali Steffana od małego. Dopiero znacznie później oba imiona połączyła strona na portalu równie paradoksalnie łączącym twarz i książkę. Nastąpiło to jednak w schyłkowym okresie oszałamiającej kariery Steffana-Pattona.
Wyjaśnienie, skąd i dlaczego taki właśnie pseudonim, nie byłoby możliwe w języku uznanym za salonowy, a nawet mogłoby spowodować przykre następstwa. Dla wszystkich, którzy by się z nim zapoznali. Chroni ich jednak czujny system, który ukryłby, albo nawet zlikwidował cały ten zapis, więc i tak by go nie zobaczyli.
Pobłyskujące spod stołu oczy nie pozostawiały złudzeń – Steffan nie dbał o pozory. Ułożony płasko na brzuchu obserwował przedpole. Jeden ruch wystarczy mu do wychynięcia zza blatu i osiągnięcia pełnej gotowości do skoku. Jako typowy przedstawiciel swojej rasy nie potrzebował rozbiegu, by wybić się w górę na ok. 2 m. Być może ta umiejętność sprawiała, że nigdy żaden przeciwnik (niezależnie od kategorii wagowej) nie sprawiał wrażenia zbyt potężnego.

Jak to możliwe, że nikt, najpierw niemal potykając się o wyciągnięte łapy Steffana, a potem popatrując na drzwi – w napięciu, a jakże – nie pomyślał o czymś najbardziej oczywistym? Że w drzwiach tych musi wreszcie stanąć Suchy, na pewno nie sam; że towarzyszący mu pies wywoła reakcję Steffana, która nie pozostawi czasu na wytłumaczenie, czy to element zasadzki czy idiotyczny przypadek. Rozpoczęty w ten sposób ciąg zdarzeń nie mógł skłonić Suchego do dyplomatycznego poszukiwania jakichkolwiek wyjaśnień.
Czy pomyślał o tym Steffan? Czy o tym właśnie myślał, czając się obok stopy Kolegi Steffana, z lekka podrygującej w wygodnym obuwiu nr 46? Jak twierdzą tzw. negacjoniści, nie był w stanie myśleć o niczym. Niech będzie. I tak wiedział, że całe jego życie było jednym wielkim oczekiwaniem, które musiało się spełnić i nabrać sensu. Oczekiwaniem na ten właśnie moment.

 

Zobacz galerię zdjęć:

bren
O mnie bren

Nie ma takiego poświęcenia, na które by się człowiek nie zdobył, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. /sir Joshua Reynolds/

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (32)

Inne tematy w dziale Kultura