A przecież niemal wszyscy znali wydarzenia, utrwalone jako Krwawa Rozprawa nad Rzeką. Niektórzy ze zgromadzonych potrafiliby bez wahania wskazać pośród nawarstwionych przez lata blizn ślady tamtego starcia. Wyraźnie odróżniające się od wszelkich pozostałych. Jak i wtedy, gdy rutynowa, nudnawa w założeniu nauczka przekształciła się w jatkę, znacząco odbiegającą od zamierzeń.
Trudno było przejść przez Dzielnicę, nie usłyszawszy choćby fragmentów relacji z Rozprawy nad Rzeką. Ci, którzy spacery odbywali regularnie (niekoniecznie dla poprawy kondycji, dość szybko kończąc je w ulubionym lub zgoła przypadkowym miejscu) po pewnym czasie stawali się znawcami, gotowymi spierać o niuanse bardziej zażarcie niż faktyczni czy domniemani uczestnicy i świadkowie. Właściwie sami mogli przejąć role samozwańczych opowiadaczy. (Co, trzeba ze smutkiem przyznać, nie należało do rzadkości). Nic w tym dziwnego. Mniej więcej w taki sposób rodzą się i rozwijają wszelkie legendy.
Zaburzenie schematu opierało się w tym przypadku na głębokim przeświadczeniu większości słuchaczy, iż stykają się nie z opisem jednego wydarzenia, ale z przekazem dotyczącym wielu, zupełnie różnych przygód Suchego. Raczej prymitywna forma narracji była dość jednorodna; treść – całkowicie odmienna, w zależności od tego, kiedy i na jakiego gawędziarza się trafiło.
Tak czy inaczej z Rozprawą nad Rzeką zetknął się każdy. Nieważne, ilu starało się wyłuskać sedno z sieczki przemieszanych opowiadań, a ilu poprzestawało na błądzeniu w ich plątaninie. Jeśli ktoś przemierzając trawnik, okalający biały klasztor za Wysokim Murem, zamiast wybrać jedną z dwu krzyżujących się ścieżek woli rozwidlać je w nieskończoność – cóż można na to poradzić.
Zwodniczość tych niezbyt wyrafinowanych stylistycznie opowieści, wzmagała obecność kilku powtarzających się elementów. Poza postacią Suchego, łączył je wpleciony nie wiadomo skąd i po co urywek ludowej piosneczki oraz pies, czyli właściwie główny bohater. Tu jednak zaczynały się komplikacje, bowiem po Rozprawie nad Rzeką Jet zyskał nowe, złowrogie miano – „Szef”. Naprzemienne stosowanie dwu imion wprawiało w konsternację każdego, obojętne czy traktował rzecz jako odmienne wersje tej samej historii, czy uważał, iż zapoznaje się z osobnymi epizodami z dziejów Suchego.
Mimo nieraz usilnych dążeń, wszelkie próby rozwikłania piętrzących się sprzeczności stawały się kolejnym świadectwem ulegania pozorom. Czyż mogło być inaczej? Czy podążanie mylnym tropem może przynieść inny efekt niż powrót do punktu wyjścia? Nawet ogromny wysiłek, włożony w pokonanie długiej drogi nie zmieni jej kierunku. Po zatoczeniu koła jedynym odkryciem może być uświadomienie sobie błędu, popełnionego na początku.
Dotarcie do uczestników Rozprawy – gdyby dało się ustalić ich autentyczność – nic by nie zmieniło. Początkowo, ze zrozumiałych powodów, niezbyt chętnie przyznawali się do swego w niej udziału, a relacje, których mogli być źródłem – pomijały niechlubne fragmenty, wypaczając obraz. Po latach gotowi byli ręczyć za prawdziwość opowieści, dopadających ich jak powracająca fala. Nie dlatego, że nadal chcieliby coś ukryć lub przeinaczyć, ale wierząc w nie, bo całkowicie wyparły ulotne i nieważne zapisy ich własnej, zawodnej pamięci.
Komuś zdającemu sobie sprawę z tak oczywistej pułapki, pozostawało zatem skupienie się analizie opowieści. Metoda słuszna, i zabezpieczająca przed uleganiem urokom mitologizacji. Poprzez wyodrębnienie powtarzających się elementów powinna oczyścić narrację z naleciałości i ozdobników, a określając postaci oraz ich funkcje – doprowadzić do celu. Kolejne złudzenie.
W strukturze opowieści, których istotę miała odsłonić, było niewiele stałych elementów. Po zgodnym z przyjętą metodą (a jakże niesłusznym w tym przypadku) wyeliminowaniu składników statycznych, czyli opisów krajobrazu, ubiorów, broni itp., pozostawały, jako się rzekło, tylko trzy, występujące we wszystkich wersjach. Suchy, pies i fragment piosenki. Skontaktowanie się z psem uznawano a priori za niemożliwe w każdej fazie badań; z Suchym – za teoretycznie wykonalne. I choć stwarzało spore prawdopodobieństwo dokonania przełomowych ustaleń, w sferze teorii pozostawało. Wiedzę, jaką posiadłby tak dociekliwy badacz, równocześnie zabierając ją w samotną podróż w nieznane, która nikogo prędzej czy później nie ominie, uważano za bezużyteczną. I w praktyce decydowano się jednak na „później”.
Byłoby okrucieństwem odwoływanie się do zdrowego rozsądku i szydercze natrząsanie z kilku fanatyków, którzy przeprowadziwszy racjonalny proces wykluczeń uznali, że należy uczepić się ostatniej szansy. Wyimek piosenki czy może wyjaśnienie jego rozbieżności z najpopularniejszą wersją – miał stać się podstawą rekonstrukcji systemu. Wieloletnie, mozolne i nie zawsze legalne zabiegi dały im wgląd do rękopisu dzieła Kolberga, gdzie w ustępie odrzuconym, pod nr. 496e odnaleźli wariant – w druku jedynie wzmiankowany w przypisie do części I Suplementu do tomu 8, cz. IV (73 tom Materyałów do etnografii słowiańskiej). Był on idealnie zgodny z wersami, pojawiającymi się w opowieściach:
Ruda kalina z piętnem mykozy
Rosła nad rzeką w stolcu Piastowym.
Cóż z tego? Znalezisko było tyleż ekscytujące, co bezpłodne. Wszelkie domysły, jakie mogło uruchamiać, na nim się kończyły. Roztrząsano hipotezy umiarkowane, odważne i całkiem szalone. Żadna nie wykazywała śladu związku z akcją. Bo niby jaki miałoby mieć na nią wpływ przypuszczenie, że jakiś złośliwy pedagog katował w tym czasie Suchego ludowymi motywami, i – być może – przed, w trakcie lub po Rozprawie Suchy mimowolnie nucił tę piosneczkę? Nic nie tłumaczyło obecności tej uporczywej redundancji we wszystkich odmianach opowieści. Z równym powodzeniem można by tasować dowolnie wyrwane z nich słowa, przypisać im liczby i konstruować numerologiczne determinanty. A wystarczyło prymitywnie trzymać się linearnego porządku. Nic wielkiego. Cofnąć się, nie lekceważyć początku. Nie pomijać szczegółów, z pozoru podobnie absurdalnych, jak idiotyczny zaśpiew. Zaplątany w te opowieści niczym rzep wczepiony w gładką, naprężoną skórę rozpędzonego boksera.
cdn.



Komentarze
Pokaż komentarze (20)