Kolejne przeoczenie (jeśli w ogóle zatroszczono się o zwiad) mogło być spowodowane banalnie naturalnym zjawiskiem. Obcując z kimś na co dzień, nie zauważa się zachodzących w nim zmian; widzi się je, ale do świadomości docierają jakby z opóźnieniem. Nie przywiązuje się wagi do tego procesu, bo jego skutki rzadko bywają tak fatalne, jak mieli się o tym przekonać uczestnicy Rozprawy. Nie umniejsza to jednak popełnionego przez nich błędu.
Zauważyli przecież, że Suchy z dziecka stał się młodzikiem, drażniącym ich dodatkowo jazdą na motorynce. Zauważyli, bo taka wszak była geneza planowanej „nauczki”. A umknęło im coś doniosłego – przynajmniej z perspektywy tychże planów. Czy luźna czerwona koszula nazbyt dobrze skrywała solidnie rozwiniętą muskulaturę? Czy dziwne podskoki, jakimi często przemieszczał się po ulicy Suchy – musiały być traktowane jako zabawny komunikat: oto mamy kolejnego głupola? Owszem, nie roiło się wówczas od plakatów, z których kolejny sensei zaprasza do wyjątkowo skutecznej szkoły, ale to wątłe usprawiedliwienie.
Nikomu do głowy nie przyszłaby permanentna inwigilacja (jeśli w ogóle zadbano o rekonesans), która i tak niewiele by dała. Choćby tkwili pod oknem Suchego dniem i nocą, nie potrafiliby rozróżnić specyficznego posapywania. Raz towarzyszyło ćwiczeniom (rzezaniu, jak powiedzieliby wtajemniczeni) Koncertu wiolonczelowego E-moll op. 85 Elgara, a kiedy indziej – podciąganiu na drążku, umieszczonym we framudze drzwi. Wtedy zazwyczaj zagłuszał je ryk Karmazynowego Króla. Ale i bez tego znacznie bardziej od nich doświadczony znawca nie przypisałby cech odrębnych poszczególnym sapnięciom. Zwłaszcza, iż często na oba typy dźwięków nakładało się do złudzenia podobne posapywanie Jeta, świadczące z kolei o spokojnej drzemce. Jednak zebranie informacji na temat Jeta, a już na pewno konsultacje u specjalistów kazałyby im wysnuć całkowicie fałszywe wnioski. W sumie może to i lepiej, że nie podjęli działań w tym kierunku.
Wszakże dość pogardliwe potraktowanie przygotowania i właściwego celu (nauczka!) świadczyło o zlekceważeniu Suchego. I tutaj przegięli, spaprali, dali ciała, co niebawem miało nabrać znaczenia dosłownego.
Dzień był słoneczny, lecz nie upalny. Lekki wiaterek przyjemnie orzeźwiał, ale nie groził zaprószeniem oczu lub innymi zaburzeniami. Chciałoby się powiedzieć, że wszystko zaczęło się w samo południe, jednak nie pozwolił sobie na to żaden z kompilatorów.
Ilu obstąpiło Suchego? Musiało ich być kilku, skoro wzięli go „w kółeczko”. Pięciu, sześciu? Jednak (w zależności od wersji) bywa ich „kilkunastu” albo „kilkudziesięciu”. Tak duże rozbieżności w tak prostej sprawie skłaniały powierzchownych badaczy do zaliczenia wszelkich informacji w poczet przemieszanych legend. Wskazuje to wyraźnie, że do braku wiedzy i doświadczenia dokładali podatność na tanią sensację.
W ujęciu statycznym dane liczbowe (a raczej tak drastyczne różnice między nimi) mogły budzić rozbawienie. Trzeba wszakże uwzględnić, że sytuacja była nad wyraz dynamiczna. Bez tego cyfry podawane na początku, zderzone z (niekiedy pomijanym) wyliczeniem uczestników oraz (zawsze szczegółową) statystyką ofiar zdawały się płodem najdzikszej fantazji. Dla kogoś znającego się na rzeczy były odartą z tajemniczości podstawą odtworzenia przebiegu zdarzeń. Bez narracyjnych ozdobników. Wszelkie konkrety uzupełniały tę wiedzę, choć komuś słabo zorientowanemu potrafiły przeszkadzać.
Warto przy okazji przypomnieć, że elementy i przesłanie zmieniają się nie tylko w zależności od opowiadającego – jego wad, zalet, skłonności do rozszerzania lub kompresowania zasłyszanej wersji, i setek innych cech tego typu. Niemal równie ważna jest postać odbiorcy; jego wiedza, umiejętność kojarzenia itp. Tak więc dla rezygnującego z południowej drzemki mieszkańca śródziemnomorskiej wyspy lektura reportażu z wyprawy podbiegunowej ma nie tylko walor mentalnej klimatyzacji. Obszerne opisy uciążliwości spowodowanych mrozem zawierają powiew intrygującej go egzotyki, ale są też po prostu niezbędne dla uzmysłowienia sytuacji. Choćby w najbardziej ogólnym zarysie i za cenę nieuniknionych uproszczeń. Z kolei Eskimosom wystarczyłoby kilka, ale za to koniecznych słów, odnoszących się do rodzaju śniegu i wiatru; resztę już by wiedzieli. Dodatkowe wyjaśnienia odrzuciłyby ich od lektury nieodwołalnie, a w przypadku przekazu ustnego miałyby dla opowiadającego skutki gorsze niż dolegliwości wywołane najokrutniejszym chłodem.
Przypomnienie tych oczywistości jest istotne także dla wyrafinowanego odbiorcy ze względu na często pomijany aspekt adresata środowiskowego. Liczebność uczestników Rozprawy, szokująca w fazie początkowej w niektórych wersjach, wynikała z objęcia tym terminem wszystkich etapów. Dla skrótu – jasnego i prawie niezauważalnego dla nader szerokiego grona. Nie ma zatem mowy o wewnętrznych niespójnościach czy sprzecznościach między wersjami.
(cdn.)



Komentarze
Pokaż komentarze (25)