Tak, rzecz mogło, a raczej musiało rozpocząć nie więcej niż ośmiu, a nie mniej niż pięciu szczawików. Dla jednych był to pierwszy, dla innych kolejny sprawdzian. Niezbyt poważny (w założeniu). Niewątpliwie kilku doświadczonych obserwatorów miało ocenić ich działania i ewentualnie włączyć się do akcji (choć przed Rozprawą nikt na serio tego nie rozważał). Ilu było kibiców, w fazie początkowej niezaangażowanych bezpośrednio? Pora relaksu między tzw. zajęciami legalnymi a robotą właściwą (nocną) właściwie uniemożliwia wyznaczenie górnej granicy ich liczby. Przyjemna pogoda wystarczała do zapełnienia szczytu wysokiego Muru i całego trawnika – od bramy po Bulwar. Parę arów wolnej przestrzeni wykorzystywano nierównomiernie – większe zagęszczenie występowało w miejscach, gdzie oddawano się grom zręcznościowym (nierzadko hazardowym), nieco mniejsze tam, gdzie królowała konsumpcja, jeszcze mniejsze – gdy ktoś usiłował rozwinąć kontakty towarzyskie, zauważając którąś z nielicznych w tym gronie niewiast.
Ilu jeszcze, przebywających w najbliższej okolicy, mogły przywabić odgłosy starcia – nie da się precyzyjnie ustalić. Skonfliktowanie Dzielnicy z niemal całą resztą Miasta przypominało permanentny stan wyjątkowy. Dość powiedzieć, że drobny zatarg z tak mało znaczącym przeciwnikiem, jak Weneda – skutkował utrzymywaniem w gotowości bojowej ok. 300 ochotników. Stacjonowali przez tydzień, dniem i nocą, na placyku zabaw, w niepojęty sposób wymieniając się w nieuzgodnionym przez nikogo systemie zmianowym. Dzieciarnia, dla której teoretycznie ów teren był przeznaczony, nie korzystała z niego właściwie nigdy, zapoznając się z ogródkiem dopiero po osiągnięciu walorów bitewnych, a więc w wieku ok. 10 lat. A wtedy nikogo już nie interesowało wykorzystywanie pozostałości zainstalowanych tam urządzeń rekreacyjnych zgodnie z intencjami dr. Jordana.
Wspomniana wyżej zwada z Lillą Wenedą – przy czym nie chodzi tu o awersję do wieszcza, ale o scysję z odznaczającą się wyjątkową brutalnością grupą (nieutożsamianą z żadną dzielnicą), gromadzącą się w pobliżu posągu, upamiętniającego bohaterkę jego dzieła – nie zaznaczyła się niczym szczególnym. Nie zasługiwała na porównanie z regularnie toczonymi wojnami z potężnym przeciwnikiem i jego sojusznikami, np. rejonem określanym pogardliwie (choć oficjalnie) jako Półwsie. Warto ją było przywołać jedynie dlatego, że rozgrywała się w czasie zbliżonym do prawdopodobnej daty Rozprawy. No i pomaga zrozumieć, że gdy na Dzielnicy coś się działo – próby wyznaczenia ostatecznej liczby uczestników mijały się z celem.
Tak więc ktoś roztrząsający w nieskończoność dane z kolejnych faz Rozprawy, i nieustannie nimi zadziwiony – skazany był na porażkę. Zdradzał mimowolnie brak rozeznania, w najlepszym wypadku – rażące amatorszczyzną podejście do badań źródłowych. Wskazywał też niechybnie, że zetknął się nie z jedną z pierwotnych wersji opowieści, odmienianej przez tych, którzy choćby otarli się o uczestników Rozprawy, ale z nikczemną cepeliadą, powielaną przez udających meneli osobników z siwymi włosami spiętymi w kucyk.
Żywa obręcz wokół Suchego zaciskała się niespiesznie, stanowczo i nieubłaganie. Suchy czuł gorący oddech przeciwników na plecach, chłodzonych dreszczem emocji. Nadchodzące minuty miały zweryfikować godziny spędzone na treningach. Tam wszystko sprowadzało się do elementów, ćwiczonych aż po przechodzące w trans zmęczenie. Teraz, oceniając ustawienie przeciwników, trzeba było coś wybrać.
Zastanawiał się, jakiej sekwencji ciosów i kopnięć użyć. Trochę za długo. Zanim rozstrzygnął wewnętrzny dylemat, dosięgło go pierwsze uderzenie. Czujnie amortyzując jego siłę, odchylił się i cofnął o krok. Niestety, tuż za nim przyklęknął jeden z rywali, i tenże prymitywny zabieg w połączeniu z wymienionymi wcześniej czynnościami spowodował upadek Suchego.
Jego plecy zaledwie dotknęły trawy, jakby odbijając się od podłoża, ale to wyrzucone w górę biodra i gwałtownie podkurczone nogi wydźwignęły ciało do pionu. Na moment, bo utracenie inicjatywy mściło się nadal. Zdradziecki atak z tyłu zmusił Suchego do pochylenia się. Przerzucił przez ramię napastnika, który spadając, szczęśliwym trafem rozpłatał sobie kolano o sterczący nieopodal kamień. Trzy kopnięcia – ni czyste, ni świadczące o wysokim kunszcie, ale skuteczne – powaliły dwóch rywali. Kolejne – otworzyły przed Suchym nieco swobodniejszą ścieżkę, co miało kolosalne znaczenie. Dla klasy wyprowadzania następnych – także, ale nie to było najważniejsze.
Kojarząca się z wolną drogą myśl o ucieczce nie trapiła Suchego. Taki manewr nie wchodził w rachubę, toteż nie absorbował procesów myślowych. Energia, kierowana niczym niezakłócanymi sygnałami przekładała się więc na bliskie naturalnej ciągłości ruchy rąk i nóg. Finał był jednak łatwy do przewidzenia. Nawet gdyby Suchy wzniósł się na szczyt ówczesnych możliwości – a trzeba uwzględnić, że była to dopiero epoka Marka Lecha, przed Józkiem Pietrasem nawet, a kudy jeszcze do Saszy; nawet gdyby wpadł w idealny rytm, i sprzyjało mu niesłychane szczęście, o prawdopodobieństwie mniejszym niż główna wygrana w „Lajkonika”. Nawet gdyby wszystkie te okoliczności zaszły jednocześnie – sytuacja była beznadziejna.
Odzyskana inicjatywa nie oznaczała przejęcia kontroli, choć pozwoliła Suchemu na chwilowe opanowanie chaosu. Toteż pod względem wrażeń estetycznych druga faza starcia niewątpliwie się poprawiła. Po obu stronach. Oznaczała przecież zderzenie z bezpośrednimi obserwatorami. Górowali nad otwierającymi stawkę doświadczeniem i umiejętnościami, a nie ustępowali zajadłością. Tamci mieli do zyskania sławę, której smaku jeszcze nie znali. Oni mieli sławę do stracenia.
Nie zamierzali obracać w żart tego, co już zaszło. Wydobyte przez nich narzędzia niewiadomego pochodzenia a niedwuznacznego przeznaczenia nie musiały jednak prowadzić do jedynego, nieodwołalnego rozstrzygnięcia. Stanowiły wyzwanie, i manifestację siły, co nie przekreślało negocjacji. Z których każdy, bez łamania zasad, wyszedłby z twarzą. Wystarczał gest, właściwie odczytany, i jeden krok w tył wprowadzałby rozejm ze skutkiem natychmiastowym.
Właściwie coś takiego nastąpiło (w niektórych wersjach utrzymuje się, że „na pewno”). A przynajmniej cofnięcie się Rudego Zdzicha (w części wersji uzupełnione ruchem ręki Grubego Kazia) uzasadniało taką interpretację. Żaden z obecnych nie mógł przypuszczać, że do Suchego nie dotrze sygnał, otwierający negocjacje. Jego umysł eliminował wszelkie bodźce, zakłócające proces podejmowania błyskawicznych decyzji. A choćby i odebrał, określenie „negocjacje” nie wiązało się z desygnatem funkcjonującym w rzeczywistości.
(cdn.)



Komentarze
Pokaż komentarze (16)