bren bren
224
BLOG

Mokra sobota, cz. 2; odc. 11

bren bren Kultura Obserwuj notkę 18


Finałowa akcja nie należała do wybitnych. Suchy ubrdał sobie, że założy dźwignię, i usiłował wcisnąć pięść pod szczękę przeciwnika. Bez rezultatu. Mały Joe pilnował się umiejętnie, a jego uchwyt nie słabł. W fazach, gdy znajdował się na dole, Suchy obracał się na bok, starając się podciągnąć kolana, bo uzyskany dystans między ciałami ułatwiłby dalsze działania. Wreszcie udało się – na tyle, że prostując nogi, Suchy wyrzucił przygniatające go ciało przeciwnika w górę. Przez moment leżeli, stykając się głowami, ale zanim Mały Joe odnalazł się w nowej konfiguracji – kolana Suchego odnalazły jego twarz.

Rozczarowanie – to jedyne słowo odpowiadające zderzeniu oczekiwań na wspaniały końcowy pojedynek z jego przebiegiem. Zamiast wzmagającej napięcie na przemian zdobywanej przewagi – prymitywna szarpanina. Zamiast efektownego, premierowego w tym rozdaniu rozwiązania – dość przypadkowa przewrotka. Zamiast zdającej się przeczyć prawom fizyki nieokiełznanej energii, objawiającej się wysokim lotem – przyziemna kopanina.
Pomijając fakt, że jedynemu zainteresowanemu – który padł jako ostatni – rozważania te były akurat najzupełniej obojętne, ów dysonans pochodził z dopasowywania skutków do przyczyn z całkiem innych dziedzin. Typowe myślenie magiczne. Zwodniczy empiryzm, który po strzale z papierowej torebki podsyca dziecięce przekonanie, iż pacnięcie w nadmuchany pompką rowerową worek po cemencie dostarczy jeszcze więcej huku i radości. Dziecięcość, przenoszona w wiek dojrzalszy, bywa zaletą np. w aktorstwie. Ale poza teatrem odpowiada jej najczęściej głuche tąpnięcie i – przy wzmożonych wysiłkach – obłok szarego pyłu, przekształcającego się przy próbach zmycia w nieprzyjemną maź.

I takież zakończenie, wbrew wcześniejszym i późniejszym wyobrażeniom miała Rozprawa nad Rzeką.

Suchy czuł się zawiedziony. W pierwszym odruchu starał się nawet jakoś pobudzić leżącego bezwładnie przeciwnika, ale z jego zalanych krwią ust wydobywały się tylko bąble pojękiwań – jo, jo. Zrezygnował więc i rozejrzawszy się wokół mruknął – eee, po czym kiwnął na Jeta. Pies obiegł pobojowisko i przysiadł przed Bramą, bowiem Suchy nie skierował się do domu, lecz zamierzał dokonać poprawek wizerunku nad Sadzawką. Trochę to trwało, i Jet zdążył się zdrzemnąć, zanim pobieżnie odświeżony Suchy ukazał się w Bramie. 
Wyglądem, wciąż pozostawiającym wiele do życzenia, niezbyt się przejmował. Co oznaczało zresztą powrót do codzienności. Nie trapił go już nieudany finał potyczki. Ale powrót –nieuchronnie zbliżający się moment spotkania z Bunią – nie zapowiadał się triumfalnie. Nie w tym rzecz, że szkód na ciele i mocno nadwerężonej garderoby nie dało się ukryć. Skoro wróci zdrowy, nie będą przedmiotem nazbyt dociekliwych i licznych komentarzy. Jednak, zmierzając uprzednio do domu, niósł porcję lodów, po których nie pozostało nawet opakowanie. A lody – rozpuszczające się na talerzyku po zalaniu odrobiną kawy – były ulubionym deserem Buni. I na to właśnie czekała. Nie obejdzie się zatem bez paru ironicznych uwag, a odczuwając lekkie zmęczenie, Suchy wiedział, że nie sprosta kolejnej – intelektualnej tym razem – batalii. I wiedział, że sprawi tym Buni jeszcze większy zawód.
Jet – jakby przeczuwał, że nie ma co liczyć na resztki deseru albo nie tracił nadziei na kontynuację starcia  – nie zdradzał nadmiernej chęci udania się do domu. Suchy przyklęknął przy nim i dość długo poszeptywał coś wprost do uszu, drapiąc przy tym delikatnie po całym ciele. Dopiero po tych zbiegach Jet przeciągnął się, ruszył, i bez manifestowania niezadowolenia wyrównał krok z Suchym. 

I tak – nie krzykiem, ale i nie skomleniem ­– zakończyła się Rozprawa nad Rzeką. – Zaraz, zaraz – zakrzyknie spragniony pełnego obrazu potomny. – A co z kaliną? 
Wspomniano już, że nigdy nie zwrócono się do najważniejszych uczestników tamtych wydarzeń. Czy przyszło komuś do głowy, żeby przyjąć punkt widzenia Jeta? Rozważyć, czy podoba mu się zdobyty wówczas przydomek – „Szef”? Może wolałby całkiem inny, np. „Pięć Nawrotów”? Czy w ogóle odpowiada mu nowy układ, w którym wszyscy z daleka omijali Suchego, a tym samym i jego? W którym miał tkwić, jak wódz Ite-o-magazu (Deszcz w Twarz – ach, te nieszczęsne tłumaczenia poprzez angliczańskie wypaczenia) w rezerwacie, przez długie lata, twierdzący, że życie skończyło się wraz z ostatnią walką. Czy to oznaczało, że wolałby je przerwać wcześniej? Choćby 25 czerwca, wyrwawszy serce Custerowi? Wtedy zatrzymać czas i zmienić przestrzeń? Może wystarczy, że był na to gotów. Odpowiedzi nie poznamy, nie potrafiąc sobie nawet wyobrazić jego pojmowania czasu i przestrzeni. Pojęć, które po największym i najstraszliwszym w dziejach holokauście są od nas dalsze niż tajniki reakcji psychicznych pobratymców Jeta.
Może i Jet – gdyby miał decydować – wybrałby jedną, jedyną szarżę, w której ktoś zatrzymałby go na zawsze? Bieg aż do kompletnego wyczerpania? Zerwanie mięśni, sprężonych do skoku, przewyższającego ich wydolność? Nie było mu dane zadecydować. Wolał czy nie, chadzał później na długie, nudne spacery, podczas których nie działo się NIC. Opromieniony sławą, potrzebną mu jak grzebień do rozczesywania długiej sierści, splątanej bardziej niż grzywa pędzącego mustanga.

Czy przyjmując uzyskanie jakichkolwiek informacji od Jeta za trudność, graniczącą z niemożliwością – nie dało się ustalić faktów? Wyjaśnienie wymagało paru oczywistych zabiegów. Przede wszystkim wizji lokalnej – nawet i w kilka lat po opiewanych wydarzeniach. Często bywa, iż „bitwa pod…” rozegrała się w rzeczywistości bliżej innego miejsca niż utrwalone w tradycji. Jak można się już było zorientować, Rozprawa odbyła się nie nad samą Rzeką, ale w jej pobliżu. Teren zielony wzdłuż Muru był wtedy pozbawiony drzew, ławek, alejek czy koszy na śmieci ­– a więc punktów orientacyjnych. A szarżujący Jet musiał takowe mieć, by zachować kierunek po zderzeniach z kolejnymi przeciwnikami.
Jednym był doskonale rozpoznawalny, wielokrotnie naznaczony przez niego narożnik domu, który zamieszkiwał. (To przy nawrocie). W drugą stronę (a więc przy pierwszym ataku) cel był nieco bardziej odległy. Wyznaczany przez samotną, rachityczną, steraną grzybem rudą kalinę, przy której również wiele razy unosił tylną nogę.
Te dwa miejsca, przyzywające go nieomylnie rozpoznawanym zapachem, stanowiły oś działania. Chociaż idealnie spełniły przeznaczoną im funkcję, tworząc niewidoczną, a doskonale wyczuwaną przez Jeta linię – oba nie nadawały się do współtworzenia nazwy Rozprawy.

(cdn.)

 

Zobacz galerię zdjęć:

bren
O mnie bren

Nie ma takiego poświęcenia, na które by się człowiek nie zdobył, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. /sir Joshua Reynolds/

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Kultura