Łysy Maciek przemknął za oknem od strony ulicy i stało się jasne, że zamiast okrążeń Placu wykonuje tzw. duże kółka, docierając zapewne aż do Mostu. Przedłużające się oczekiwanie na jego powrót spowodowało nieznaczne ożywienie. Czyli minimalny wzrost zamówień.
Od stolika niemal skrytego pod schodami uniosła się wysoka postać. Znana wszystkim, ale imienia nie potrafiłby podać nikt. Tajemniczego osobnika najwyraźniej cechowała spora autoironia, gdyż na jego ciemnej koszulce widniały białe litery Ca, stanowiące zapewne aluzję do mocno zaawansowanego wieku (wapienko). Musiał być zarazem niezwykle uprzejmy, gdyż nawet na moment odwracając się do kogoś, poniekąd się z nim żegnał – na plecach ukazywał się napis: pa.
Zamówił wodę mineralną, co w przypadku kogoś innego wywołałoby jeśli nie sensację, to zwiększoną czujność zespołu barmanów. A jednak nie wzbudziło najmniejszego zdumienia. Chociaż – gdy wrócił do stolika, grzecznie żegnając się tym razem z barmanami – niewątpliwie coś dziwnego było także w jego najbliższym otoczeniu. Przesłoniła je na moment, a potem przytłaczała jego potężna, lecz smukła sylwetka. Długie włosy, rozrzucone w artystycznym, starannie zaplanowanym nieładzie, falowały przy każdym ruchu głowy; otaczały twarz ciemną poświatą, i spływając niżej, łączyły się z luźną szatą, jaką właśnie narzucił był na ramiona.
Usadowił się wygodniej, co wcale nie było proste – krótkie nóżki nie sięgały posadzki, i musiały szukać podparcia na podstawie stolika. Zajmował miejsce na ławeczce obrócony bokiem, plecy wspierając o siedzącego za nim mężczyznę z czerwonym, byczym karkiem i pokaźnym, okrągłym brzuszkiem.
Jeżeli nie unosił się, by po coś sięgnąć, litery „Ca” na koszulce niknęły głęboko pod stolikiem, a ponad blatem wschodziła jedynie osadzona na drobnym korpusie łysa czaszka, odbijająca światło padające od strony baru. Migotliwy blask nadawał szczupłej twarzy, tylko na brodzie pokrytej nieśmiałym, młodzieńczym zarostem niesamowity wyraz. Jakby David Lynch inscenizował obraz El Greca; przy czym jakość przekazu przypominałaby transmisję z pierwszego lądowania na Księżycu.
Od czasu do czasu z jego pełnych warg o karminowej barwie, uformowanych z rzadko spotykanym urokiem, nadającym mu omal dziewczęcą urodę, wydobywały się ledwie słyszalne bon moty. Czy docierały w całości do grupki przy stoliku, który bez wątpienia należało nazwać „jego” stolikiem? Trudno zawyrokować, bo wywoływały skrajnie odmienne reakcje – być może spowodowane czymś zupełnie pobocznym. Z jednej strony bowiem stanowił niewątpliwy ośrodek cisnącej się przy stoliku trzódki, on the other hand – poszczególni jej członkowie zdawali się nie poświęcać mu stosownej uwagi, skupiając miniaktywność, wątpliwą zresztą, na sobie lub najbliższym sąsiedzie. Nie oznaczało to wszakże braku respektu.
Szacunek budziła już jego fizjonomia. Długie lata ciężkich doświadczeń pokryły ją bruzdami zmarszczek, ciągnącymi się aż po koniuszki włosów na uszach, przedłużających, rzekłbyś, i tak pokaźnych rozmiarów małżowiny. Powieki przymykał nietypowo – naprzemiennie, raz tę, raz tę, pół na pół, co eksponowało niewiarygodną długość rzęs, jakich pozazdrościłaby mu gwiazda filmowa. Z czasów, gdy gwiazdy i rzęsy były prawdziwe. Czynił to, oczywiście, mimowiednie – nie dbając o tani efekt. Ani o skojarzenia z Persją.
Wszystkie jego ruchy charakteryzował perfekcyjny a naturalny rytm. I niewzruszony spokój. Jak wyprany z wszelkiego romantyzmu, idealnie zaprogramowany mechanizm sięgał w fałdy przepastnej szaty, wyciągając flaszeczkę, z której dolewał do szklanki z wodą mineralną ciemnego płynu. Niewykluczone, że w skład eliksiru wchodziły zioła; remedium na podagrę czy inne matuzalowe dolegliwości. Nikogo bowiem nie częstował uzyskanym roztworem, a po wypiciu krzywił się dyskretnie a ujmująco. Z typowym dla młodzieńca, prawie dziecięcym wdziękiem. Następnie zakąszał czymś, co mogło być czekoladką, wydobywaną z gustownej bombonierki, ze względu na obłożenie materiałami izolacyjnymi pełniącej rolę przenośnej lodówki. Przekąski również z nikim nie dzielił.
Skupieni przy stoliku – obdarowywani (częstokroć ponad możliwości przyswajania) strawą duchową – nie domagali się innych rozkoszy. Umiejętnie dawkowane apoftegmaty wprawiały ich w stan dziwnego upojenia. Najwyraźniej nie miał serca wymawiać im, że obrabowują go z kawałów duszy; przyjmując z cierpliwą łagodnością, iż starannie dobrane słowa i gesty lgną do nich tylko na moment. Jeżeli – jak szeptano niekiedy pokątnie – naprawdę prowadził Taniec Ducha, nikogo do niczego nie nakłaniał (poza nieużywaniem alkoholu); ani nie przekonywał, że domniemane koszule ducha zapewnią komukolwiek obronę przed ciosami wrogów (bo i taki sens nadawano enigmatycznym napisom na jego ubraniu). A przecież nie brakowało zaklinających się, że widzieli towarzyszący mu cień Ostatniego Człowieka. Co prawda nie tu i teraz, ale…
Za to z całą pewnością widoczne były tuż obok niego dwie niewiasty. Bliźniaczo podobne, lecz skrajnie zróżnicowane. Ta po prawej – odziana ekstrawagancko, wręcz wyzywająco – jednym przywodziła na myśl porównania z Wielką Stopą, innym – wykonane przez wyjątkowo złośliwego fotografa wizerunki reżyser Wandy Jakubowskiej. W króciutko przystrzyżone czarne włosy wpięty miała złocisty diadem. Szczegółów garderoby opisać nie sposób, nie tylko dlatego, że więcej odsłaniały niż przesłaniały.
Kobietę po lewej okrywał prosty uniform, zapięty aż pod szyję, ale niemal wojskowy charakter stroju nie przyćmiewał jej nieziemskiej urody. Fryzura doprowadziłaby do szału zawiści Violettę Villas, a oczy o przedziwnie zmieniających się barwach zajmowały chyba pół twarzy. Albo i więcej. Od czasu do czasu sięgała ślicznym, filigranowym paluszkiem ku literze C na koszulce partnera, i kreśliła tam żartobliwie znak Z.
Niezależnie od tego, czy w istocie krążyły wokół niego cienie Mnóstwa Koni, Siedzącego Byka lub innych, mniej rozpoznawalnych postaci – najbliższe, aż nadto realne otoczenie emanowało ciepłem, pozwalającym przypuszczać, iż enigmatyczne napisy na koszuli ducha mogą być skrótem. Od casa palabra, co z kolei mogło być skrótem od CAłkowite Poczucie Absolutnego bezpieczeństwa.
Byłżeby zatem wyjątkiem wśród zapełniających pomieszczenie osób? Bystre, lekko kpiarskie spojrzenie, jakim ogarniał wszystko i wszystkich zza grubych szkieł zdawało się o tym świadczyć. Jednak spod zasłony pozorów wyzierały zakłócenia. Nerwowe przyruchy. Nazbyt częste sięganie po wielką, kraciastą chustkę, choć na przecieranej nią nagiej potylicy nie szkliły się krople potu. Poszarpywanie i skręcanie długich, misternie ułożonych loków. A zwłaszcza nieregularne bębnienie palcami o blat stolika.
Może i nie byłoby w tym nic podejrzanego, ale czynności te przerywały dyskretne interwencje anielskiej postaci z lewej strony, kładącej drobną, przepięknie ukształtowaną rękę na jego mocarnej dłoni, gdzie linia życia dopiero rozpoczynała wędrówkę przez pulchne pagórki, nienaznaczone jeszcze ani cierpieniem, ani przyjemnością. Jego nasycona pokorną skruchą reakcja potwierdzała naganną wstydliwość poprzednich, niekontrolowanych działań.
Nie, nikt ze zgromadzonych nie stanowił wyjątku. Koszula ducha nie chroniła przed regułą, obejmującą tutaj, na różne sposoby, wszystkich. Nosiciela dziwacznych liter również. I on był postacią tragiczną.
(cdn.)



Komentarze
Pokaż komentarze (52)