Święta Wielkiej Nocy, to okazja, do refleksji. Święta z dala od rodziny, tym bardziej.
Odległość sprawia, że mocniej, niż normalnie , tych wszystkich bliskich ludzi,
poprostu brak.
Brak też normalnej w tym czasie krzątaniny,
która wypełnia czas...
Prozaicznie, jest też pozytywna strona takiego stanu rzeczy .
Mam więcej czasu,
na bycie ze sobą,
samym...
To szczególne uczucie, kiedy zamiast spotkań, uścisków i pozdrowień,
próbujemy układać wewnątrz , właściwe rzeczy, na właściwych półkach.
Myślę teraz, o tych zmartwychwstaniach, które już mi się zdarzyły i o tych na które,
wciąż czekam.
_____
Najważniejsze z przeszłych, to podniesienie się z kolan, kilka lat po śmierci żony. Długo nie mogłem sobie dać z tym rady.
Kiedy po 25 latach odchodzi bardzo bliski człowiek, umiera nasza połowa.
Wtedy, umarło dużo więcej...
Po Jej śmierci przez pięć lat, żyłem jak zombie.
Byłem trochę tu, trochę tam.
Niby robiłem wszystko, co do mnie należało z codziennych rzeczy, ale bezsens tych działań był dla mnie tak oczywisty, że przerażający.
Chciałem być tam !
____
Kiedy wypalił się ból, pomógł mi Syn,
NASZ Syn !
Przekonał mnie, że warto zacząć budować coś od nowa.
Gdzieś w przestrzeni spotkały się Jego argumenty, z moją śladową gotowością
I zaskoczyło.
Pomijając szczegóły, wylądowałem na drugim końcu świata i zaczynam nowe życie...
Zaczynam czuć,
ten sam,
co kiedyś,
smak...
ZACZYNAM !
Bardzo lubię to słowo
i ten stan...
_____
Zmartwychwstanie, na które ciągle czekam,
to wnuki
:-)
Pozdrawiam


Komentarze
Pokaż komentarze (2)