Wicepremier z Krakowa, premier z Gdańska, prezydent z Wrocławia?
Wprost donosi o nowej strategii Platformy Obywatelskiej. O ile szczegóły dotyczące układania list wyborczych nie są specjalnie interesujące, o tyle już pomysł na skład przyszłego rządu jak najbardziej. PO zakłada, ze wybory odbędą się już jesienią, zaś trzon nowego gabinetu tworzyć mają Donald Tusk jako premier, Jan Maria Rokita jako mocny wicepremier do spraw gospodarki, Bronisław Komorowski objąć ma MON, zaś Grzegorz Schetyna – MSWiA. Oczywiście do wyborów wszystko może się zmienić, oczywiście nie wiemy, jaki wynik elekcji wymusi na PO układ koalicyjny, o ile to Platforma wygra wybory i będzie rozdawać karty (co przecież nie jest pewne), jednak warto rozpatrzyć partyjny dokument pod kątem myślenia życzeniowego. Moim skromnym zdaniem taka strategia jest wymarzonym prezentem dla Lecha Kaczyńskiego, bądź innej osoby, którą PiS wystawi jako swojego kandydata w następnych wyborach prezydenckich. Do tej pory wszyscy politolodzy twierdzili zgodnie, ze w Polsce nie można startować na fotel prezydencki z pozycji premiera. Premier zgrywa się w bieżącej polityce, firmuje niepopularne decyzje, jest niejako zderzakiem własnej polityki. Zdawał się przeczyć tej regule przypadek Kazimierza Marcinkiewicza, jednak i on ostatecznie poległ w warszawskich wyborach prezydenta miasta. Zaś fotel prezydenta Warszawy jest w odróżnieniu od funkcji premiera bardzo dobrym pasem startowym, podobnie jak stanowisko Marszałka Sejmu. Tymczasem Donald Tusk zdaje się o tym nie pamiętać, planując objęcie funkcji premiera. Ten wariant miałby szansę powodzenia gdyby wybory odbyły się później, jednak nie jesienią 2007, więc praktycznie 3 lata przed wyborami prezydenckimi, do których zdążą się już zgrać zarówno Donald Tusk, jak i dwaj kolejni ważni politycy PO – Jan Maria Rokita (to zapewne Tuska nie martwi) i Bronisław Komorowski. Kogo więc w takim wariancie wystawiłaby Platforma w wyborach prezydenckich? Przecież chyba nie Hannę Gronkiewicz-Waltz, choć ta na pewno by miała ochotę. Zabawnie w tym kontekście wypadają jej przedwyborcze oskarżenia Marcinkiewicza i Kaczyńskiego o to, ze z prezydentury Warszawy pierwszy chciałby uczynić sobie trampolinę do prezydentury kraju, drugi zaś już to uczynił, co było jednym z poważniejszych punktów kampanii wyborczej PO w Warszawie. Kluczową sprawą zdaje się to, czy Tusk pozegnał się już z marzeniami o prezydenturze, czy jeszcze nimi żyje. Dotąd nic nie wskazywało na pierwszą możliwość, choć dzisiejsza deklaracja zdaje się ją potwierdzać. Czyżby Tusk zadowoliłby się funkcją premiera? Dla mnie wątpliwe, ale kto wie? Tusk jest wciąż dość młody jak na polityka, nie jest powiedziane, ze jeżeli nie zostanie prezydentem w roku 2010, nie zostanie nim nigdy. W Polsce kariery polityków jak dotąd nigdy nie kończyły się definitywnie, czego przykładem modelowym jest Waldemar Pawlak. Może więc Platforma faktycznie myśli o wystawieniu w kolejnych wyborach prezydenckich Rafała Dutkiewicza? Taki sygnał jakiś czas temu wyszedł ze środowiska PO i wydaje się on być dość sensowny. Rafał Dutkiewicz jest sprawnym organizatorem, nie kojarzonym jednoznacznie z PO, co może być jego silnym atutem, nie budzi też jak dotąd negatywnych emocji PiS, wręcz przeciwnie, w wyborach samorządowych był również przez PiS popierany. Gdyby po przyspieszonych wyborach (o ile do nich dojdzie) doszło jednak – w co wątpię – do rządu POPiS, byłby więc kandydatem wręcz idealnym. W przypadku POLiD, już niekoniecznie, choć i tak mógłby być strawny dla części PiSowskiego elektoratu. Drugą możliwość jest oczywiście taka, że Donald Tusk wciąż wierzy, ze prezydentura należy mu się jak psu kość, a jako sprawny i dynamiczny premier (a że tak o sobie myśli, to więcej, niż pewne) poparcia nie straci, a nawet jeszcze je powiększy, choćby przygotowując Polskę do EURO 2012. Jednak jeżeli Tusk rozumuje w ten sposób, nie mam zadnych podstaw, by nie sądzić, ze przeliczy się dokładnie tak samo, jak w 2005, zwłaszcza, ze prawdopodobnie znów będzie usypiany sondażami. Rokita nie ma ambicji prezydenckich, Komorowski nie jest aż tak mocną osobowością, tak więc z ujawnionej przez „Wprost” strategii wygląda na to, ze albo Platforma dobrowolnie pozbawia się szansy w wyborach prezydenckich, albo też postawi na Dutkiewicza. Hanny Gronkiewicz-Waltz nie brałbym w tym rozdaniu pod uwagę, gdyż zbyt szybko ujawniła swoje ambicje i traci stopniowo i tak niewielkie poparcie w swojej partii.
W planie obsady stanowisk rządowych w oczy rzuca się jeszcze jedno – stanowisko szefa MSWiA dla Grzegorza Schetyny. To bardzo mocny argument dla przeciwników Platformy, a zarazem dowód na idealne samopoczucie kierownictwa tej partii. Schetyna jest dla wielu osób przykładem dziwnych powiązań polityki i biznesu, jego nazwisko co rusz przewija się w jakimś dziwnym kontekście, a jednak człowiek ten sprawia wciąż wrażenie niezatapialnego.
Krótkotrwały sezon na akcje Polisy
Zająłem się dokumentem Platformy, który zapewne przemknie przez media nie zauważony, gdyż wszyscy będą raczej zastanawiać się szansą nowej partii o znaczącej nazwie LiS. Nazwie wymarzonej dla karykaturzystów, którzy dostali gotowy pomysł. Warto poświecić kilka zdań tej nowej sile politycznej, która wg mnie za wiele nie zdziała i będzie krótkotrwałą sensacją, taką samą jak wcześniej RRD Kwaśniewskiego. Oczywiście nowa partia na dzień dobry zgarnia 15% poparcia w sondażach, niektórzy wróżą jej jeszcze więcej, biorąc pod uwagę niedoszacowanie Samoobrony i LPR w sondażach. Zapominają jednak o innym efekcie – efekcie nowości, który każdej nowej partii daje na starcie spore poparcie, z którego, w chwili wyborów, na ogół nie zostaje nawet tyle, by przekroczyć prób wyborczy. Jednak LiS nie musi wcale przegrać z powodu braku poparcia, ta (ciągle jeszcze tylko teoretyczna) partia przegra z powodu własnych słabości, o których nie wszyscy pamiętają. Pora więc je sobie przypomnieć. LiS nie będzie tylko sumą elektoratów, prawdopodobnie dośc do siebie zbliżonych, ale również słabości obu partii. Liga już praktycznie nie istnieje, mimo buńczucznych deklaracji jej liderów. Kompromitacja Wierzejskiego w Warszawie jest tego najokrutniejszym przykładem. W terenie podobno LPR już dawno się rozsypała, zaś resztki działaczy można podzielić na ideowców i karierowiczów. Pierwsi nie muszą zrozumieć nagłej wolty Giertycha, zwłaszcza, że o. Rydzyk jak na razie nie kwapi się by ją wytłumaczyć (czyżby to wyjaśniało publikację „Wprost?” – pojawienie się taśm mogło odebrać Ojcu Dyrektorowi ochotę na kolejne polityczne wojenki), dla drugich partia, która dobrowolnie odrywa się od stanowisk, nie mając szans na odzyskanie ich po kolejnych wyborach, traci jakąkolwiek atrakcyjność. To ostatnie może być z kolei największym problemem Andrzeja Leppera. Lepper ideowców pozbył się dość dawno, zastępując go towarzystwem rozmaitych bezideowych pragmatyków, dla których Samoobrona jako słaba partia opozycyjna nie ma już żadnych wartości. Tak więc LiS prawdopodobnie okaże się szybko kolejnym papierowym lisem (bo nawet nie tygrysem), mimo życzliwego wsparcia ze strony mediów.
Wszystko to razem zdaje się służyć realizacji planów Kaczyńskiego – podziału polskiej sceny politycznej na dwa bloki. W tym rozdaniu znikną radykałowie, zaś Platforma, jeżeli wygra wybory, straci możliwość lawirowania między III a IV RP, musząc jednoznacznie opowiedzieć się po jednej stronie. Po środku zostanie zaś już tylko PSL, który ma tą właściwość, ze zawsze będzie mógł przyklejać się do każdego, jest zaś partią na tyle niegroźną i bezpłciową, ze nawet nikomu nie będzie zależało na pozbyciu się go. Warto zauważyć, ze PSL dziś nie kwapi się już tak, jak rok temu, do obozu Wszyscy Przeciwko Kaczyńskim, woląc bezpieczną pozycję dość nijakiej siły opozycyjnej. Reszta zaś tworzy front, który nazwać można Polisą. Nazwa Polisa na pewno bliska jest sercu niejednego polityka lewicy i jego żony, jednak niczego dobrego udziałowcom nie wróży.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)