Dziś ujawniam fragment stenogramu z przesłuchania Janusza Kaczmarka przed sejmową komisją do spraw służb specjalnych. Fragment ten jest krótki, ponieważ cała reszta objęta jest w chwili obecnej tajemnica państwową. Na początek przytaczam więc pewien tekst źródłowy, który wprowadza nas w atmosferę sejmowego przesłuchania, zarazem zaś symbolicznie oddaje treść tej części posiedzenia komisji, której na razie ujawnić nie można.
Był jasny, zimny dzień kwietniowy i zegary biły trzynastą. Janusz Kowalski, z głową wtuloną w ramiona dla osłony przed tnącym wiatrem, wślizgnął się przez szklane drzwi do Bloku Odnowy Moralnej, ale nie dość szybko, by powstrzymać tuman ziarnistego pyłu, który wtargnął za nim do środka.
Klatka schodowa cuchnęła gotowaną kapustą i starymi, butwiejącymi wycieraczkami. Na jednym jej końcu wisiał barwny plakat, zbyt wielki do eksponowania w ciasnym wnętrzu. Przedstawiał tylko ogromną twarz, przeszło metrowej szerokości: przystojną, trochę dziecinną twarz mniej więcej czterdziestopięcioletniego mężczyzny w okularach, z niewielką grzywką opadająca na czoło. Janusz skierował się w stronę schodów. Sprawdzanie, czy winda działa, nie miało żadnego sensu. Nawet w najlepszych okresach rzadko bywała czynna, obecnie zaś, w ramach oszczędności związanych z przygotowaniami do Tygodnia Lustracji, nie włączano prądu przed zmrokiem. Janusz mieszkał na siódmym piętrze, a ponieważ miał już trzydzieści dziewięć lat i owrzodzenia żylakowe na prawej nodze powyżej kostki, wspinał się wolno, kilka razy odpoczywając po drodze. Na każdym piętrze, na wprost drzwi windy, spoglądał ze ściany plakat z ogromną twarzą. Była tak namalowana, że oczy mężczyzny zdawały się śledzić każdy ruch przechodzącego. SPRAWIEDLIWY ZBIGNIEW PATRZY, głosił napis u dołu plakatu.
W mieszkaniu przejęty głos czytał kolumny cyfr dotyczące budowy nowych więzień. Wydobywał się z podłużnej metalowej płyty przypominającej matowe lustro, wmontowanej w ścianę po prawej. Janusz obrócił pokrętło i głos nieco przycichł, lecz mimo to każde słowo dobiegało wyraźnie. Urządzenie (nazywane teleekranem) można było ściszyć, ale nie wyłączyć. Janusz podszedł do okna: drobna, mizerna postać, której chudość podkreślał jeszcze granatowy kombinezon, ubiór członka partii. Mężczyzna miał bardzo jasne włosy, cerę z natury rumianą, a skórę szorstką od chropowatego mydła, tępych żyletek i niedawnych mrozów.
Świat na zewnątrz, nawet oglądany przez zamknięte okno, tchnął chłodem. W dole, na ulicy, podmuchy wiatru wprawiały w wir kurz i skrawki papieru, a choć świeciło słońce, niebo miało barwę stali; wszystko było jakby pozbawione koloru - z wyjątkiem porozlepianych wszędzie dookoła plakatów. Twarz w okularach patrzyła z każdej lepiej wyeksponowanej powierzchni. Jeden plakat wisiał na fasadzie domu dokładnie naprzeciwko. SPRAWIEDLIWY ZBIGNIEW PATRZY, głosił napis, a ciemne oczy wwiercały się w oczy Janusza. Niżej, na poziomie ulicy, inny plakat, z naderwanym rogiem, trzepotał bezładnie na wietrze, to odkrywając, to zasłaniając czteroliterowy zlepek „IVRP”. W oddali helikopter zniżył się pomiędzy dachy, zawisł na moment niczym mucha mięsna, po czym poderwał się i odleciał, zataczając łuk. Był to patrol policji, szpiegujący mieszkańców przez okna. Ale zwykła policja to pestka. Prawdziwą grozą napawało Centralne Biuro Antykorupcyjne (...).
Przesłuchanie Janusza Kaczmarka przed sejmową komisją ds. służb specjalnych, Warszawa, 22 sierpnia 2007
(...)Paweł Graś: Brawo!
Janusz Zemke: No pięknieś pan nam to wszystko wyśpiewał panie Kaczmarek
Janusz Kaczmarek: Ja wam zawsze wszystko wyśpiewam!


Komentarze
Pokaż komentarze (14)