Budyń78 Budyń78
55
BLOG

Pompowanie Wałęsy?

Budyń78 Budyń78 Polityka Obserwuj notkę 35
W poniedziałkowej "Rzeczpospolitej" ukazał się artykuł Marka Migalskiego pod tytułem "Pompowanie Wałęsy". Główne tezy tego tekstu są takie: - Wałęsa, z racji nieustającej obecności w mediach i najsilniejszego po roku 1989 kreowania go na autorytet i bohatera, po raz pierwszy od roku 1995 ma szansę na reelekcję - Szansa ta będzie większa i realna, jeśli Wałęsę poprze Donald Tusk wraz z PO. Dla Tuska, który jako kandydat może się zgrać poprzez kolejne miesiące premierowania, wystawienie Wałesy jest o wiele lepszym rozwiązaniem, niż zgłoszenie kandydatury z wewnątrz PO (Komorowski, Sikorski). Jak wiadomo lubię horrory, więc i wizja Migalskiego powinna mi się spodobać, jednakże nie wydaje mi się ona prawdopodobna, mimo, iż przytoczone wyżej tezy są zgrabne i realistyczne. Politolog nie bierze pod uwagę szeregu innych czynników, co pozostawia mi pole do działania. Poniżej postaram się wypunktować, czemu Lech Wałęsa nie ma, moim zdaniem, szansy na spóźnioną o 15 lat reelekcję.
Powód pierwszy - Lech Wałęsa. Każdy, kto obserwuje polską scenę polityczną wie o tym, że Wałęsa to facet, dobrze - przynajmniej na pokaz - sprawdzający się jako trybun ludowy, przywódca bądź to pokojowej rewolucji (pierwsza "Solidarność"), bądź anty-estabilishmentowego buntu ("Wojna na górze"), jednak niezgrabny i nie dający sobie rady jako polityk mający władzę. Nieprzypadkowo w mediach i na salonach o Lechu mówi się w kontekście "Solidarności", ale już nie prezydentury. Tę przywołują prawie wyłącznie przeciwnicy. Warto przypomnieć sobie, jak wiele jako prezydent stracił Wałęsa ze swojego mitu i olbrzymiego społecznego poparcia. W roku 1995 przegrał wybory prezydenckie uzyskując całkiem niezły wynik, jednak nie dlatego, że miał tak wielu zwolenników, a dzięki brakowi mocnego, prawicowego konkurenta. O ile w roku 1990 był dla większości swoich wyborców oczywistym i wymarzonym kandydatem, o tyle już 5 lat później - mniejszym złem w obliczu możliwej wygranej postkomunisty, będącej, gdy już stała się faktem, szokiem dla wielu osob z solidarnościowym rodowodem. Jeśli Wałęsa zrezygnuje z obecnego pokrzykiwania z cokołu i zejdzie na dół, by wprost zaangażować się w polityczną walkę, już nie jako recenzent, a jeden z podmiotów, szybko pokaże się od najgorszej strony również tym, którzy obecnie przymykają oko na wszystkie złe cechy byłego prezydenta. Jako przydatny do punktowania przeciwników dyżurny autorytet i legendarny przywódca, Wałęsa cieszy się taryfą ulgową. I choć zapewne w mediach cieszyłby się nią również jako kandydat "zgody narodowej" wokół hasła "Wszyscy przeciw Kaczyńskiemu", na pewno szybko udałoby mu się zniechęcić do siebie sporą część swoich wyborców. Kadencja Wałęsy pokazała - o zgrozo - że większość ostrzeżeń i lamentów środowiska "Gazety Wyborczej" sprzed wyborów 1990 sprawdziła się, a Wałęsa okazał się dokładnie taki straszny, jak go Michnik malował. Tyle, że niekoniecznie dla Michnika. Tak więc Wałęsa jako prezydent będzie nieprzewidywalny, trudny i niekoniecznie sterowalny dla środowiska, z którym połączyła go nienawiść do Kaczyńskich. Raczej nie zdobędzie też tego środowiska poparcia. Czym innym jest bowiem lansowanie Wałęsy na bohatera i ikonę popkultury, czym innym zaś danie mu realnej władzy. Gdy Wałęsa był prezydentem, poddawano go krytyce nie mniejszej, niż obecnie Lecha Kaczyńskiego. I choć dziś dla środowiska GW stał się bohaterem i poręcznym sztandarem, to, co można wybaczyć bohaterowi, gdy już nie jest przeciwnikiem, niekoniecznie przejdzie u prezydenta. Poparcie Wałęsy będzie więc ostatecznością i - choćby nawet doprowadziło do jego wygranej - wielką porażką tego środowiska. Bo jak inaczej nazwać fakt, że nie potrafi już ono wykreować nikogo ze swojego grona i sięgać musi po kiedyś znienawidzonego i w duchu pogardzanego byłego wroga. Warto zastanowić się, czy poza niechęcią do Kaczyńskich i lustracji cokolwiek łączy Wałęsę z Michnikiem? Nie. Czy to wystarczy? Raczej nie na 5 lat prezydentury. Powód drugi - Lech Wałęsa. Przez ostatnie lata media lansowały założenie, że powinnością polityka jest dobrze wyglądać, w miarę ładnie mówić po polsku, znać języki obce, łagodzić konflikty i niekompromitować nas za granicą. Polityka wybierać powinno się tak, jak przysłowiowy proszek do prania. Mądrość tę przyswoił sobie elektorat wybierający przyszłość wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim, śmiejący się z braci Kaczyńskich, na koniec zaś głosujący za drugą Irlandią i Donaldem Tuskiem. Choćby nie wiem jak prać mózgi i naginać rzeczywistość, nie da się wmówić wystarczającej do wygrania wyborów większości, że Lech Wałęsa spełnia którykolwiek ze wspomnianych warunków. Dodatkowo można się założyć, że w ramach kampanii uda się Wałęsie zasłynąć kolejnymi bon motami w rodzaju "100 milionów", na które raczej nikt się nie nabierze. Powód trzeci - Lech Wałęsa. Migalski zdaje się zakładać, że Wałęsie uda się zjednoczyć zarówno inteligencki (przynajmniej we własnym mniemaniu) elektorat Tuska i roszczeniowy - Kaczyńskiego. Autor zapomina jednak, że dla tej drugiej grupy, w dużym stopniu tożsamego z wyborcami Wałęsy z roku 1990, ten stał się już dawno TW Bolkiem, zdrajcą, symbolem zawiedzionych oczekiwań na dekomunizację, wzmacniającym lewą nogę i pijącym wódkę z Kiszczakiem w Magdalence. Nawet jeżeli nie dla wszystkich Wałęsę przekreślają jego niejasne powiązania ze służbami - i na poczatku lat 70-tych, i podczas pełnienia funkcji prezydenta - nie jest to jednak jedyna okoliczność obciążająca. Druga, nie tak widowiskowa, a być może nawet decydująca, to fakt, że Wałęsa, kiedyś jeden z "nas" stał się jednym z "nich", opowiadającym o tym, że nie przeżyje za 3 tysiące zł, jeżdzącym na operację do Stanów i występującym na otwarciu wyzyskującego pracowników supermarketu. Ten elektorat Wałęsa stracił i już go nie odzyska. Wałęsie być może roi się bycie Piłsudskim, jednak szansę na to przegrał w roku 1992. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że dziś były prezydent liczyć może na pomoc ludzi, którzy zainteresowani nim jako symbolem na pewno nie chcieliby ani sanacji, ani zbliżonego do rządów Marszałka sposobu sprawowania władzy. A że samego Wałęsę interesuje też co najwyżej samawładza, nie porwie za sobą ludzi o drugim Piłsudskim śniących po nocach. Dlatego, chociaż polska polityka zna różne cuda, nie sadzę, by Lech Wałęsa miał szansę na drugą kadencję w roku 2010. Marek Migalski - Pompowanie Wałęsy
edit: polecam tekst Toyah o Wałęsie, ciekawie uzupełnia to, o czym piszę.
Budyń78
O mnie Budyń78

https://twitter.com/karnkowski

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (35)

Inne tematy w dziale Polityka