21 stycznia mediach pojawiła się za sprawą Schetyny informacja o tajemniczej umowie PO z Marcinkiewiczem. To samo w sobie jest dość dziwne. Nie po to zawiera się tajne umowy, by informować wszystkich głośno o ich istnieniu. Domysły szły w dwóch kierunkach. Pierwszy, popularniejszy, że Marcinkiewicz będzie kandydatem Platformy do europarlamentu; drugi, mniej popularny, że eks-premier zastąpi Donalda Tuska, gdy ten będzie starał się, już oficjalnie, o stanowisko prezydenta. Zaraz potem (przypadek?) dostajemy informację o rozwodzie Marcinkiewicza, na tym jednak nie koniec.Dziś Marcinkiewicz sugeruje, ze będzie lokomotywą wyborczą PO w tych wyborach, jakby nie docierało do niego, że jego kariera polityczna właśnie się skończyła. Gdyby ktoś miał watpliwości, polecam dzisiejszy "Super Express", w którym matka i brat bynajmniej nie pochylają się ze zrozumieniem nad biednym, samotnym Kaziem. Po drodzę jednak Grzegorz Schetyna powiedział Monice Olejnik, że Kazimierz Marcinkiewicz nie planuje kandydowania do europarlamentu.
Zostawmy jednak Marcinkiewicza i zajmijmy się samym Schetyną. Wczoraj Zbigniew Chlebowski poinformował, że Donald Tusk jest kandydatem PO na prezydenta, w związku z czym stanowisko premiera będzie musiał objąć ktoś inny. Kandydatem PO, jako najbardziej odpowiedni człowiek, jest zaś Grzegorz Schetyna. To było wczoraj. Dziś zaś Schetyna mówi "Dziennikowi", że nie planuje i nie chce być premierem, zaś "Być może będzie tak, że Tusk do końca będzie premierem i będzie urlopowanym premierem" . Co daje takie postawienie sprawy? Po pierwsze Schetyna osłabia własną partię, gdyż w obserwatorach powoduje to poczucie chaosu, w którym tak naprawdę nikt niczego nie może być pewien. Po drugie osłabia Tuska, który stoi obecnie przed poważnymi problemami i w miarę stania na czele rządu, poparcie będzie już tylko tracił, nie zyskiwał. Zaś trzymanie się funkcji premiera w momencie kandydowania na prezydenta, narazi Tuska na o wiele mocniejsze ataki, niż choćby znikanie z kraju w sytuacjach kryzysowych.
Wczoraj przypadkiem oglądałem w TVN 24 konferencję prasową Zbigniewa Chlebowskiego. Dziennikarze tradycyjnie pytali głównie o sprawy Prawa i Sprawiedliwości, jednak jedna z dziennikarek dość natarczywie wypytywała się, czemu Andrzeja Czumę do ministerstwa wprowadzał Schetyna, nie zaś Tusk. Można by zadać kilka jeszcze ciekawszych pytań, zaś najbliższe dni przyniosą ich na pewno jeszcze więcej.
Na koniec trzeba odnotować, że już po wypowiedzi Schetyny o Marcinkiewiczu wciąż dostajemy sprzeczne sygnały. Grzegorz Dolniak (wiceszef klubu PO) dziś nadal mówi o starcie Marcinkiewicza w wyborach, a także o jego udziale w przyszłym rządzie. O ile to pierwsze dla Schetyny jest chyba tak naprawdę obojętne, o tyle to drugie - niekoniecznie. Najracjonalniejszym wytłumaczeniem ostatniego ciągu zdarzeń, jest hipoteza, ze w Platformie zaczyna się walka o schedę po Donaldzie Tusku, który odejdzie, przynajmniej teoretycznie, do pałacu prezydenckiego. Do tej pory wydawało się, że jego naturalnym następcą i w parii, i w rządzie jest Schetyna, tymczasem jednak Tusk, zapewne zirytowany opisanymi na początku tego tekstu zabiegami PR-wymi, postanowił sięgnąć po wciąż wówczas popularnego, pozostającego na uboczu Marcinkiewicza. Schetyna odpowiedział kontratakiem, osłabiając, być może śmiertelnie, Marcinkiewicza i próbując osłabić samego Tuska. Ponieważ zarówno dookoła (kryzys), jak i w środku (wczoraj i dziś np. sprawa Klicha, na razie nieumiejętnie zgarniana pod dywan), walka dwóch przywódców, którzy dość jawnie biorą się za łby, może być bardzo widowiskowa. Donald Tusk, który - co uderzyło mnie przy pisaniu tego tekstu) zaskakująco zniknął z pola widzenia, też zapewnie nie powiedział ostatniego słowa. Nienaruszalne, pełne podejrzanych, acz mocno umocowanych typów struktury, rozpadają się z reguły nie w skutek interwencji zewnętrznej, a w wyniku napięć i ambicji wewnątrz. Wygląda na to, że i w obozie rządzącym zaczyna się podobny proces. A że pełno tam osób o niejednoznacznej przeszłości, a czasem i teraźniejszości, haków i błota żadnej ze stron nie zabraknie.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)