Jarosław Kaczyński nie jest osobą, która pojawiła się w polityce 11 kwietnia 2010 roku, by wykorzystać śmierć brata do zrobienia kariery politycznej. Paradoksalnie, gdyby tak właśnie było, nie budziłoby to w przeciwnikach Lecha Kaczyńskiego specjalnych emocji. Jarosław Kaczyński jest nie do przyjęcia, ponieważ bratem bliźniakiem prezydenta był nie tylko z racji urodzenia, lecz również poglądów i zaangażowania politycznego. Obłudny lęk przed "wykorzystaniem tragedii" jest więc strachem przed kontynuacją wspólnego dzieła dwóch osób (jakim była polityka Lecha Kaczyńskiego) przez tego, który pozostał przy życiu. Polityka zna wiele przypadków, gdy po śmierci przywódcy, kontynuatorem jego pracy była osoba z najbliższej rodziny. Co ciekawe, na ogół ma to miejsce w krajach z sytuacją niepewną, zdestabilizowanych, wybijających się na niepodległość... Co jednak zdarza się za granicą, nam przedstawiane jest jako coś dziwnego i niegodnego. "Czy to normalne? Ale czy to normalne?" dopytuje się w radiu pani Beata Michniewicz i choć jej rozmówca, miłośnik Ziemi Kaliskiej, odpowiada, że tak, wątpliwości przecież się nie rozwiewają.
Jarosław Kaczyński jest dziś koszmarem dla wielu. Ich marzeniem zaś jest kandydat zgody narodowej i ogłoszonego już pojednania (z kim?), najlepiej ponadpartyjny i kompetentny. Na przykład, Bronisław Komorowski. Ale, uwaga, może być nim nawet... Jarosław Kaczyński, pod warunkiem, że zrezygnuje z własnych poglądów i wizji - do czego zachęca go Waldemar Kuczyński. Jedna litera w nazwisku czyni tu wielką różnicę. Najważniejsze, by potencjalny kandydat niczego nie chciał zmieniać, ani też specjalnie nie dążył do wyjaśnienia faktycznych przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Bo choć mędrzec Europy na swoim blogu napisał już, że jedyną osobą ponoszącą odpowiedzialność za tragedię jest Lech Kaczyński, tok myślenia wielu osób idzie w zupełnie innym kierunku.
A co z samym Kaczyńskim? Wiele osób, również życzliwych PiSowi uważa, że nie powinien on startować, ponieważ nie ma szans, zaś przegrana będzie jego końcem w polityce. Choć daleki jestem od optymizmu co do wyniku wyborów, trudno mi jednak podzielić tę argumentację. Mówi się, a pisze o tym np Kataryna, że Jarosław Kaczyński będzie teraz obiektem niesamowitych ataków. Będzie, już jest, ale czy w jego sytuacji cokolwiek jeszcze może zrobić na nim wrażenie? Wątpię. Czy ewentualna przegrana wyborcza będzie końcem jego drogi (słowo "kariera" wydaje mi się dziwnie nie na miejscu) politycznej? Znów się nie zgadzam. O fotel prezydenta będzie on walczył, jeśli w swoim odczuciu walczyć musi, nie zaś dlatego, ze ma na to ochotę. Jeśli zaś stanowiska nie zdobędzie, nie przestanie być potrzebny tej 1/4, a może 1/3 wyborców, którym wizja, skrótowo określana jako IV RP, pozostaje bliska. Czy ktokolwiek z osób, które zagłosują na Jarosława Kaczyńskiego w 2010 będzie miał do niego pretensje, jeśli wybory te przegra? Czy z tego powodu nie udzieli mu następnego kredytu zaufania? Nie wierzę. To nie jest zwykła rozgrywka, w której ocenia się jedynie skuteczność. Sytuacja zaś wydaje się być na tyle dramatyczna, że oddawanie pola może się wydawać już nie tyle grzechem zaniechania, co, mówiąc wprost - zdradą. Jeśli przyjmiemy którykolwiek z wariantów spiskowych, a gwarantuje, że olbrzymia większość elektoratu stricte prawicowego ku mniej lub bardziej radykalnym teoriom spiskowym się skłania, widzimy, że gra idzie o wszystko i tym razem nie bierze się jeńców. W takiej sytuacji nie ma już miejsca na manewr taktyczny, trzeba strzelać z największych dział. Zaś najmocniejszym kandydatem pozostaje - czy nam się to podoba, czy nie - Jarosław Kaczyński. Jedyny kandydat naprawdę rozpoznawalny i zdolny do mobilizacji całkiem sporego elektoratu. Jedyny, który będzie bezkompromisowo dążył do wyjaśnienia, co stało się 10 kwietnia. Którego dziś jest w stanie poprzeć elektorat PiS i część elektoratu, który się wcześniej od PiS odwrócił i dla którego Lech Kaczyński był trochę za miękki. Może do tego dojść grupa, kierująca się emocjami, bynajmniej przecież nie mała. Co więcej - jakby to nie brzmiało - Jarosław Kaczyński, który ponoć schudł 10 kg przez ostatnie dni wygląda o wiele lepiej, niż przed katastrofą. Jakby to cynicznie nie brzmiało, a czasy mamy cyniczne i oparte o PR - cierpienie uszlachetniło jego rysy twarzy, dodało im siły i godności. A myślę, ze za tą przemianą zewnętrzną poszła i wewnętrzna. W tym człowieku drzemie moc, jakiej jeszcze możemy sobie nie uświadamiać. I to tej mocy niektórzy tak bardzo się boją.
PS.Rozumiem osoby twierdzące, że rozwiązaniem lepszym byłoby znalezienie mocnego kandydata, nie będącego Jarosławem Kaczyńskim. Wiele z ich argumentów podzielam i ten post nie służy polemice z nimi, a jedynie wskazaniu, że ewentualny start Kaczyńskiego nie uprawnia do jeremiad, które od kilku dni zmuszony jestem czytać. Owszem - ryzyko jest ogromne, owszem, problemem jest brak żony (co więcej, jako osoba w żałobie Jarosław Kaczyński ślub wziąć teraz nie może, szkoda, ze pogłoski na temat planów związanych z panią Szczypińską okazały się nieprawdą...). Z drugiej strony na wylansowanie kogoś innego zwyczajnie może nie być czasu. W orbicie PiS - mimo osłabienia tej partii licznymi odejściami) jest wiele dobrych nazwisk. Niestety, nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że nie za bardzo mamy czas na wylansowanie nowego kandydata.
Sytuacja jest bardzo trudna, sytuacja jest dramatyczna. Ale za wcześnie jeszcze na wieszczenie klęski.


Komentarze
Pokaż komentarze (30)