Czyli nowa „Fronda" daje do pieca! W przeciwieństwie do ospałego krakowskiego „Znaku" czy borykającego się z radą starszych „Tygodnika Powszechnego", która - że strawestuję klasyka, pracującego obecnie na Wiślnej 12 - powinna sobie ziółka raczej parzyć niz dalej poczciwą gazetę psuć.
Zdaniem Cezarego Michalskiego (sto lat z okazji 200 numeru „Europy), najciekawsze dyskusje z udziałem katolików odbywają się w Pracowni Pytań Granicznych UAM, założonej przez prof. Tomasza Węcławskiego. W przeciwieństwie do Zachodu, gdzie takich pracowni jest na pęczki, u nas jest jeszcze przeciwwaga w postaci takich środowisk, jak "Fronda", która, nawet po ostatnich wydarzeniach, związanych z odejściem niemal całej redakcji, udowadnia, że trzyma się mocno i nie skończyła, jak niektóre szacowne periodyki, na odcinaniu kuponów od swojej popularności.
Trzeba lubić ten sport
Seks jest jak gra w piłkę. Można rozpatrywać go przez rządzące nim zasady. Zakaz faulowania, dotykania piłki ręką. Czy spalony... Ale to nie jest cała prawda o seksie. Bo zarówno w futbolu jak i seksie chodzi o... strzelanie bramek.
Mówi to kapucyn o. Ksawery Knotz. Rozmowę z nim znaleźć można w najnowszej „Frondzie". - Trzeba lubić ten sport! - mówi zakonnik. Podczas ostatniego Zjazdu Gnieźnieńskiego na zadane przez dziennikarkę pytanie, jak duchowny, autor książek dotyczących sfery seksualnej człowieka może z takim znawstwem i przenikliwością pisać o sprawach, które go nie dotyczą w sposób bezpośredni, odpowiedział żartobliwie, że jest to po prostu... zapis jego fantazji seksualnych.
Użyłem tego żartu w relacji ze Zjazdu w „Gościu Niedzielnym". Redakcja została zasypana listami oburzonych katolików, dla których niepodobieństwem jest fakt, że ksiądz jest mężczyzną. Polecam oburzonym manichejczykom i nie tylko tekst Tomasza P. Terlikowskiego w „Tygodniku Powszechnym" . O. Knotz wyjaśnia też, czy seks oralny jest dopuszczalny z punktu widzenia nauki Kościoła. Odpowiedź i uzasadnienie może niejednego uczestnika nauk przedmałżeńskich zaskoczyć.
Ponieważ „seks po katolicku" nie równa się pozycji misjonarskiej ani ciotce cnotce z zasznurowanymi ustami, czy rumieniącej się zakonnicy, która próbuje przybliżyć rozsadzanym przez hormony uczniom zawiłości aktu seksualnego motyli. To bogactwo, które otwiera kobietę i mężczyznę na zupełnie nowy wspaniały świat. Nieporównywalny z tym, co sprzedaje się w dziale porad „Dziewczyny", „Cosmpolitan" i opowieściami, którymi raczą swoich widzów paniusie na TVN Style, czy w najnowszym amor-alnym filmie „Lejdis".
„Widać, że kobieta jest zrozpaczona. Współżyje z mężem po bożemu; on ma orgazm, ale ją często zostawia w pół drogi, na zakręcie. Nie ma w tym jego winy, po prostu szczytuje wcześniej. Ona leży obok niego rozpalona. Wie, że jeśli nic nie zrobi, to nie będzie mogła zasnąć przez całą noc, a w dzień bez przerwy będzie ją bolał brzuch. Pomaga więc sobie palcami, czasami trzeba niewiele. Jest jednak katoliczką, a Kościół zakazuje onanizmu. Spowiada się z tego, choć nie uważa, że grzeszy. Może ma jednak skrzywione sumienie? Czuje się, jak w pułapce. Postanawia zasięgnąć rady, pisze list. Nie do „Wysokich obcasów" czy „Tiny". Pisze do ojca Jacka Salija, dominikanina. Zasięga rady u tego, komu ufa. Jakie zakonnik ma pojęcie o seksie? Co może jej doradzić?" (Tadeusz Grzesik, Seks po katolicku, Fronda, 44-45/2007)
O tym, co o. Jacek Salij napisał przeczytajcie w najnowszym numerze.
Konstantyn XXI w.
Grzegorz Górny opowiadał mi, jak w rozmowie z węgierskim katolickim filozofem Thomasem Molnarem stwierdził, że nasze czasy przypominają schyłek starożytności. Chrześcijaństwo rozpada się na archipelag małych wysepek. Nie zostało już nic z triumfalnego pochodu rzymskich wojsk i zasięgu imperialnej administracji cesarstwa, które gwarantowały obecność chrześcijaństwa w życiu publicznym. Dlatego może przetrwać tylko w tych małych, rozsianych wspólnotach. Molnar nie zgodził się z takim postawieniem sprawy. Twierdzi, że to właśnie dzięki Konstantynowi "Dobra Nowina" mogła wyjść poza świat katakumb. To on pociągnął masy.
Teza kontrowersyjna, ale inspirująca. Naczelny „Frondy" postanowił więc zapytać kim jest Konstantyn XXI w. Czy jest nim przywódca Ameryki, Rosji czy może Polski? Odpowiedzi na to pytanie znajdziemy w bloku tekstów Tomasza P. Terlikowskiego, „ Teologia Polityczna Jarosława Kaczyńskiego", Benjamina Phillipe'a, „Rudolpha Gulianiego kłopoty z ortopraksją i ortodoksją" oraz Borysa Pospiełowskiego, „ Biesy 2, czyli cudowne nawrócenie Władimira Putina".
Doktorat z teologii dla Antychrysta
Tak przynajmniej uważa Władimir Sołowjow, na którego powołuje się w rozdziale poświęconym kuszeniu Chrystusa w swojej książce „Jezus z Nazaretu" Benedykt XVI. Poszukiwania Antychrysta w XX w. skończyły się na wskazywaniu takich ludzi, jak Hitler, Stalin czy Bin Laden. Rzecz w tym, że Antychryst nie jest postacią z świata polityki i sprowadzanie jego apokaliptycznej postaci do wymiarów politycznych szaleńców jest nieporozumieniem. Tak, jak zło ubiera się w szaty dobra, tak Antychryst będzie - jak twierdzi Sołowjow - wybitnym znawcą Biblii. I prawdopodobnie dostanie doktorat honoris causa Uniwersytetu w Tybindze. Tam, gdzie wykładał Joseph Ratzinger oraz Hans Kung.
Pomysł na blok artykułów poświęconych tematowi Antychrysta wziął się - jak mówi Górny - z zapisu corocznych rekolekcji wielkanocnych, które papieżowi i Kurii Rzymskiej wygłasza wybitny teolog lub myśliciel (w 1976 r. takie rekolekcje wygłosił przed Pawłem VI abp Karol Wojtyła). W zeszłym roku rekolekcje mówił emerytowany kardynał Giacommo Biffi. Jedną z jego katechez o Antychryście drukuje „Fronda". W tym samym bloku pojawił się przetłumaczony przez Jakuba Szymańskiego po raz pierwszy na polski najsłynniejszy średniowieczny traktat o Antychryście autorstwa mnicha Adsona z komentarzem.
W numerze również błyskotliwa polemika z tezami książek Dawkinsa. Portret społeczeństwa otwartego z orangutanami w tle. Lament nauczyciela polskiego nad Klatą i jego upadkiem artystycznym. Coming out prof. Ryszarda Legutki. Oraz kilka poruszających świadectw.
Tischnerowszczyzna
Na koniec zostawiłem sobie wspomnienie o artykule, który jest zapisem głosu w dyskusji podczas ostatnich Dni Tischnerowskich w Krakowie. Dotąd znałem tylko relacje osób trzecich, które przekazywały mi, jak oburzone było Tischnerowe towarzystwo wystąpieniem jednego filozofa, który nie dość, że przyznał, że twórczości Tischnera za bardzo nie zna, to jeszcze nie za bardzo ceni. Choć przyznaje, że był wielkim człowiekiem swojego czasu.
„Muszę od razu, już na wstępie powiedzieć, że wziąłem udział w tej debacie na bardzo szczególnych warunkach, gdyż ja - w przeciwieństwie do moich poprzednikowi - nie znam się na Tischnerze. Co więcej, to, co na jego temat wiem, wywołuje we mnie raczej odruch ostrożności, jeśli nie niechęci, aniżeli zainteresowania.
Odnoszę wrażenie, że Tischner bywa dziś często przedstawiany jako ofiara brutalnych polemistów. Owca pośród wilków, które nienawiścią reagowały na jego pełne życzliwości i tolerancji przesłanie. Tymczasem, z tego, co pamiętam, Tischner bardzo chętnie wojował mieczem, a w swojej publicystyce cepem posługiwał się chętnie i bez nadmiernych dystynkcji w rozumowaniu. W latach dziewięćdziesiątych przyjaciele Tischnera zwykli mówić: „Biedny Józek, ONI go tak nienawidzą". Pamiętam taką opinię w ustach profesora Leszka Kołakowskiego. Tym pewnie rożni się perspektywa nie-tischnerystow, że ja pamiętam tego właśnie „biednego Józka", który bez ceregieli porównywał tomizm z totalitaryzmem - co, jak wiadomo, jest nie tylko dowodem wyjątkowej intelektualnej subtelności, ale i niezwykłej wrażliwości na „Drugiego", „Innego", „Bliźniego" itd., itp. Tischner bywał bardzo arogancki i bardzo nonszalancki w swoich sądach i dobrze o tym nie zapominać, żeby nie ułatwiać sobie sprawy twierdzeniem, że niechęć, która go otaczała i do dziś otacza, jest wyłącznym dziełem polskich sił ciemności.
Jednak dzisiaj chciałem powiedzieć o czymś całkowicie innym. Byłem proszony o to, by opowiedzieć o wizerunku Tischnera, czy też o wizerunku „Kościoła Tischnera" w środowisku Tischnerowi obcym. Kiedy zacząłem się zastanawiać, jak sprostać temu zadaniu, odkryłem, że istnieje bardzo duży krąg ludzi, którzy na hasło „Kościół Tischnera" reagują ironią, jeśli nie rozbawieniem. Zwrot „Kościół Tischnera" budzi w nich skojarzenia nie tyle z jakąś szczególną wizją Kościoła, co z pewną grupą ludzi - czymś, mówiąc żartem, w rodzaju politycznej sekty czy „Koła Bożego". Otóż „Kościół Tischnera" dla bardzo wielu ludzi znaczy po prostu: „krąg towarzysko-polityczny", w którym filozof ten był niewątpliwym autorytetem. Jakkolwiek - co wiem z rozmów ze znawcami Tischnera, a moimi serdecznymi przyjaciółmi: Zbigniewem Stawrowskim i Jarosławem Gowinem - bardzo trudno byłoby w pismach samego Tischnera wyczytać tezy, które się z tym „Kościołem" kojarzą, to jednak powstaje pytanie, nad którym warto się być może zastanowić, dlaczego mianowicie Tischner swoją obecnością i brakiem wyrazistej krytyki w jakimś stopniu autoryzował te poglądy?" - rozpoczął swoje wystąpienie Dariusz Karłowicz.
Dalej było już tylko lepiej. Całość wypowiedzi w nowej „Frondzie". Możecie sobie wyobrazić, jak „krakówek" kipiał z oburzenia. Autor słów zastanawiał się przez chwilę, czy nie brać książek pod pachę i nie salwować się ucieczką. Pewnie już na Dni Tischnerowskie zaproszony nie zostanie. Chyba, że złoży samokrytykę i na tischnerowszczyznę się nawróci.
Epilog, czyli prawica rulezzz
W najbliższym czasie zapowiadana jest premiera nowego pisma, nad którym pracuje zespół pod kierunkiem Marka Horodniczego, byłego naczelnego „Frondy" w latach 2005-2007. Odwołany przez wydawcę odszedł z gronem redaktorów ogłaszając powstanie nowego kwartalnika „44". Na razie, oprócz kilku podrygów Filipa Memchesa na salon24.pl i strony internetowej pisma, niewiele wiadomo. Nie oceniając całego wydarzenia, powiem tylko, że czekam z niecierpliwością na nowy numer grupy Horodniczego, życząc im jak najlepiej. „Fronda' pod kierunkiem Grzegorza Górnego wysoko postawiła poprzeczkę, więc łatwo im nie będzie.
„Prawicowy gen samozagłady"., który sprowadza się do ciągłej tendencji do podziałów środowiskowych po prawej stronie można chyba potraktować wreszcie jako zaletę. Wyścig „44" z „Frondą" podniesie tylko jakość obu pism. Dla czytelnika to dobrze. A ambicje imperialne i hegemoniczne pozostawimy nowej lewicy i jej mesjaszowi Sierakowskiemu. Prawica nie potrzebuje bić się na papierowe manifesty. Wszystkie badania opinii publicznej pokazują, że ma większą bazę społeczną w Polsce niż obyczajowa lewica. Musi tylko umiejętnie artykułować problemy, które najbardziej dotyczą zwykłych ludzi i bronić wartości ostatecznych. A podziały ewidentnie tej stronie nie przeszkadzają w realnej hegemonii kulturowej. Przynajmniej na razie.
Nowej lewicy nie pomoże ponawiane do zrzygania inicjowanie debat pt., Co z tą lewicą? i Dlaczego nie ma w Polsce prawdziwej lewicy? Prawicowe środowiska, które tworzą pokaźny archipelag nie musza się łączyć pod przywództwem jednego człowieka, który przeprowadzi je przez Morze Czerwone. Ta rola już jest obsadzona. I prawdopodobnie „Mojżesz" z Chmielnej - tak jak w Pięcioksięgu stoi - nie posmakuje wyhodowanych przez siebie i kolegów owoców nowego wspaniałego świata. Ziemi obiecanej poszukać sobie może w słonecznej Hiszpanii.
A tymczasem prawica rulezzz na złość rozpychajacej się w światku akademickim i mediach pluszowej lewicy i xero-modernizatorom z Domaniewskiej.


Komentarze
Pokaż komentarze (115)