Sobotnie popołudnie, kawiarnia w małej zaściankowej mieścinie. Kobieta, na oko po sześćdziesiątce, z politowaniem patrzy na trzymaną przeze mnie gazetę. Sama ma przed jakieś pisma. Co miałem powiedzieć? Że "Gazetę Wyborczą" czytam z obywatelskiego obowiązku? Że od co drugiego tekstu dostaję drgawek?
- Każdy czyta to na co ma ochotę. Pani "Nasz Dziennik" a ja wybiórczą - odparłem.
- To żydowski brukowiec, kłamstwo na kłamstwie. Kto to czyta, ma nie po kolei - zawyrokowała moja rozmówczyni.
Ktoś obok pokiwał głową. Poczułem się niczym bohater z czasów Trybuny Ludu i podziemnych gazetek.
Ktoś obok pokiwał głową. Poczułem się niczym bohater z czasów Trybuny Ludu i podziemnych gazetek.
- Trochę tolerancji - syknąłem. - Może pani nie zgadzać się z "Gazetą Wyborczą", ale to nie powód żeby obrażać ludzi, którzy z jakichś powodów ją czytają.
Kobieta od "Naszego Dziennika" wzruszyła ramionami. Wkrótce poszła. A ja czytałem dalej.
"Gdzie są obywatele broniący dobra wspólnego, godności człowieka, wolności i prawdy w życiu publicznym? Dlaczego jest ich tak mało? Dlaczego są wciąż tak słabi? Dlaczego potrzebujemy wolnej, suwerennej Polski? Dlaczego tak wielu Polaków nie ma takiej potrzeby?" (z tekstu Przemysława Wiplera z Fundacji Republikańskiej).
O przepraszam, ja mam taką potrzebę. I broniłem wolności w życiu publicznym. Bo powiedzieć, że broniłem też prawdy jednak byłoby przesadą.
Krzysztof Burdzy
Opracowano w oparciu o Bronię "Naszego Dziennika" wg Katarzyny Wiśniewskiej - wyborcza.pl/1,75968,10148325,Bronie__Naszego_Dziennika_.html


Komentarze
Pokaż komentarze