0 obserwujących
32 notki
77k odsłon
  1181   0

Żeby zjeść, trzeba zabić

Kilka lat temu, Jamie Oliwer w jednym z programów o swojej wielkiej wyprawie do Italii, z okazji rodzinnego święta Włochów, u których mieszkał, zabił jagnię i przyrządził z niego potrawę. Wzbudziło to wiele kontrowersji i było zaczątkiem toczących się kilka tygodni dyskusji w mediach w Wielkiej Brytanii, ale odbiło się też echem w wielu krajach, w których Jamie jest rozpoznawalny. Nie widziałam tego odcinka, ale nie jestem pewna, czy wywołałby on we mnie negatywne emocje i oburzenie, gdyż po prostu rozumiem motywację Jamiego i autorów programu. W pewnym wieku, każde dziecko w końcu dowiaduje się skąd biorą się ulubione kotleciki, szynka, czy pasztet. Mam jednak wrażenie, że jako rodzice nie zawsze umiemy o tym jasno mówić z dziećmi i nie do końca wiemy kiedy dziecko jest już "gotowe" na taką wiedzę. To niemal jak pierwsza rozmowa o sprawach związanych z płcią, rozmnażaniem i seksem, prawda?
 
 
Teraz będzie wiejska opowiastka, a jak myślę o wsią inspirowanej muzyce, to mam natychmiast albo Grzegorzowe "Piejo kury piejo"  ... :)
(teraz niżej klik na strzałeczce)....
albo moją ulubiona Kapelę Ze Wsi Warszawa... sami posłuchajcie :) 
(teraz niżej klik na strzałeczce)....
 
 
Gdy miałam zaledwie kilka lat, może osiem, dokładnie nie pamiętam, pojechałam z babcią to jej siostry na wieś do Osowca. Och, to były sielskie dni. Spałam w ogromnym starym łóżku przykryta puchatą pierzyną, a babcia opowiadała mi bajki przed snem. Rózgą poganiałam krowy wracające z pastwiska, wujek wsadzał mnie czasem bez siodła na konia, którego tam mieli - cudnie było oglądać świat z wysoka. Uwielbiałam pić ciepłe mleko z wieczornego udoju zaraz po przecedzeniu  i nauczyłam się robić masło ze śmietany trząchając przez kwadrans słoikiem. Wspomnienia są nieco zamazane, niewyraźne i fragmentaryczne. Niestety byłam w Osowcu tylko kilka razy i nie zdążyło się wszystko utrwalić. Pewnego dnia wracałam  z babcią chyba z wycieczki, a może to było jakoś zaraz w dniu naszego przyjazdu? W każdym razie na podwórzu ukazał mi się dziwny widok - wujek z jeszcze dwoma kolegami biegali po podwórku ganiając średnio wyrośniętą świnkę. Myślałam, że to taka zabawa i chciałam się do nich przyłączyć, ale babcia szybko mnie zgarnęła do domu, a ciocia nie pozwoliła wchodzić do kuchni. Okna pokoju wychodziły na inna stronę niż podwórze i nic nie widziałam z tej zabawy. Pamiętam jednak ten kwik, krzyk, czy może płacz  prosięcia. Niewiele z tego wówczas rozumiałam. Wieczorem weszłam na kolację do kuchni i zobaczyłam łeb świnki leżący na stole. Miałam wrażenie, że jakiś taki "uśmiechnięty". Do dziś mam go czasem przed oczyma. Wtedy dowiedziałam się co to świniobicie, skąd się biorą fantastyczne kiełbasy, którymi częstowała nas babci siostra i jak smakuje prawdziwa szynka. A jednak... jednak to pamiętam. I nie jest to do końca ani miłe, ani niemiłe wspomnienie. Na pewno emocjonalne. Nie zostałam jednak wegetarianką. Jeszcze nie wtedy w każdym razie.
 
 
Tysiąc lat później, w naszym Kazimierzu, oprócz kóz - Hesi i Meli, tata miał kurki liliputki, od których były takie maleńkie jajeczka. Dzieciaki naszych agro-gości uwielbiały przynosić do kuchni jeszcze ciepłe jajka. Dziwne, że nigdy żadne z nich nie zgniotło delikatnej skorupki. Mieliśmy też kilkadziesiąt królików, które mleczem i koniczyną namiętnie dokarmiały wszystkie szkraby. Zawsze w trakcie Wielkanocnego śniadania tata przynosił w koszyku sześć, czy osiem uczących się dopiero kicać maluśkich króliczków i najmłodsi goście mieli niezwykłą atrakcję tuż przed zbieraniem w ogrodzie czekoladowych jajek "od zajączka". Tak, króliki były wielkimi ulubieńcami maleńtasów w naszym Kazimierzu. I tylko nie wiedzieliśmy co odpowiadać gościom, gdy rozpływali się w zachwytach nad obiadem, podawanym czasami w naszej "zaczarowanej dolinie".  Dorośli rozumieli, ale dzieci... no nie mieliśmy odwagi ich uświadamiać. Królicze mięso było doskonałe - delikatne, smaczne i w niczym nie przypominające mdłych supermarketowych kurczaków. I chociaż wiedziałam, że nasze króliki były szczęśliwe, że hasały sobie swobodnie na trawniku. Chociaż nigdy ich sama nie uśmiercałam, to zawsze lekko mi drżały ręce, gdy przygotowywałam potrawę z królika....
 
 
Przepis na wspaniałego królika w piwie kriek podała kiedyś ju.hanna, powiadam wam, fantastyczny on jest! Jeśli więc tylko macie zaprzyjaźnioną hodowlę królików i możecie sobie pozwolić na rarytas w kuchni, koniecznie wypróbujcie ten przepis. "Kriek" to belgijskie piwo, do którego procesie fermentacji dodawane są drobne ciemne wiśnie z pestkami. Jest wytrawne i cierpkie w smaku z wyraźnie wyczuwalnym smakiem wiśni, chociaż nie jest piwem słodkim. Pamiętam, że kilka lat temu, gdy pierwszy raz przygotowywałam to danie, piwa szukałam dość długo, W końcu udało mi się je kupić w Blue City, w niewielkim sklepie specjalizującym się w piwach z całego świata. Miss-Coco - czy to tradycyjne danie belgijskie?
 
 
KRÓLIK WIŚNIOWY W PIWIE KRIEK
To jest taki przepis, który do mnie „przemówił”. Bo ja dotychczas do królika, jak do jeża. Ale te wiśnie... no no... Aromat wydobywający się spod przykrywki jest absolutnie oszałamiający – tymianem, czosnek, szalotki i te wiśnie.... mmmmmm.... Ponieważ lubimy, gdy mięso odchodzi niemalże od kości, czas duszenia jest u nas długi, ale tu wg własnych preferencji proszę postępować. Wspaniale smakuje podany z delikatną kaszą jaglaną?

1 królik, podzielony na części
2-3 ząbki czosnku
10 szalotek
400 ml piwa kriek
laska cynamonu
2 goździki
1 suszona ostra papryczka
kilka gałązek świeżego tymianku
300g wiśni (mogą być mrożone)
odrobina cukru
masło
olej
łyżka mąki opcjonalnie

Mięso królika oprósz solą z każdej strony i odstaw na  godzinę, a potem zrumień  na gorącym oleju smażąc mięso małymi partiami. Przełóż wszystkie kawałki do garnka. Na tym samym oleju podsmaż na szklisto posiekany czosnek i całe szalotki - opcjonalnie możesz oprószyć podsmażone warzywa łyżką mąki- po chwili przełóż do garnka z mięsem.  Wlej 3/4 piwa, dodaj cynamon, goździki, chilli, cukier. Przykryj i dusić na wolnym ogniu przez ok. 15 min, po czym wyjmij korę cynamonu, dodać listki oderwane z gałązek tymianku  i większość wiśni. Duś przez następny kwadrans, po czym dolej resztę piwa i dosól do smaku. Duś mięso pod przykryciem, aż będzie miękkie - u nas trwa to zazwyczaj okołu godziny. Tuż przed podaniem dodaj do sosu masło i udekoruj resztą wiśni. Przepyszne......
Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości