Marcinkiewicz stracił szansę na "siedzenie cicho" dawno temu. Wywindowany na polityczne wyżyny dzięki braciom Kaczyńskim, nie potrafił pogodzić własnego ego z interesem partii. Koniunkturalizm i chęć zemsty zatriumfowały.
A to dzięki PIS, a zwłaszcza Jarosławowi Kaczyńskiemu, Kazimierz Marcinkiewicz zyskał niebagatelną popularność, najwyższe państwowe funkcje i zaszczyty. Przyjmując premierostwo w 2005 r. musiał zdawać sobie doskonale sprawę ze swojej pozycji. Realną władzę dzierżył szef zaplecza parlamentarnego (PIS), prezes Kaczyński. Zadaniem Kazika było sprawne (także wizerunkowo) wypełnianie głównych założeń polityki Braci.
Na początku wszystko szło sprawnie. Rząd przyjmował kolejne potrzebne Polsce ustawy, wszystko pod czujnym okiem prezesa. Tak miało być. Jak się jednak szybko okazało, nieobliczalni koalicjanci wymagali szefa z jajami, który potrafi 'złapać za pysk'.
Marcinkiewicz nie miał do tego ani siły, ani prerogatyw. Dlatego naturalnym (i spodziewanym) następstwem powyższego stanu rzeczy musiała być dymisja. Ogromna popularność Marcinkiewicza, mimo sugestii wielu dziennikarzy, nie mogła mieć wpływu na jego odwołanie. Naturalnym i stałym zjawiskiem jest wysoki kredyt zaufania wyborców dla nowego szefa rządu. Dodatkowy powód- niezwykle sprawny PR PISowskich spin doktorów (, który dziś tak świetnie naśladuje towarzystwo D. Tuska).
Dymisje Marcinkiewicz zniósł ciężko. Uraz został do dziś. Honorowe rozwiązanie, na jakie zgodził się J. Kaczyński (nominacja na p.o. prezydenta Warszawy oraz start w wyborach samorządowych <kandydat na szefa stolicy> z list PIS), nie wystarczyło Kazimierzowi. Po porażce z HGW frustracja się wzmogła. Marcinkiewicz szybko uciekł do biznesu, chciał odpocząć od wielkiej polityki i zarobić trochę grubszego szmalu. Miał szansę na przyzwoity życie (nikt nie miał pretensji), ale z tej szansy nie skorzystał. Chęć odegrania była zgyt wielka.
Nie potrafił odpuścić.
W dzisiejszym wywiadzie dla "Dziennika" Marcinkiewicz potwierdza wszystko to, o czym piszę wyżej. Mówi:
"Uzgodniłem coś z Platformą. Zaangażuję się w wybory prezydenckie"
Kolejny układ wymierzony w PIS. Pan Marcinkiewicz czuje się opuszczony i zdradzony (co tłumaczy jego żenujące wypowiedzi), tyle że on sam opuścił i zdradził. Czyżby szukał furtki dla swego politycznego 'come back'?
Pamiętajmy, że mógł się przecież zachować jak Ujazdowski chociażby, skoro tak bardzo nie odpowiadała mu polityka PIS. Wolał jednak nie ryzykować, zaczął się łasić do Tuska.
Tuska, który nie pozostawiał suchej nitki na rządzie kierowanym przez Marcinkiewicza właśnie.
Za pamiętliwość w polityce płaci się nierzadko dużą cenę. A Marcinkiewicz nie lubi ryzykować.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)