Otrzymałem tym samym potwierdzenie, że nie mamy tu do czynienia z falą oburzenia, lecz z wysypem irracjonalnych reakcji na całkiem normalny reportaż z Rosji - warsztatowo znakomity, jedyny w swoim rodzaju, bo Maria Wiernikowska od lat posługuje się stylem, którego nie da się podrobić.
Kiedy skonfrontowałem konkretne zarzuty stawiane w tym internetowym wzmożeniu, wobec treści jakie pojawiają się w reportażu, z tym co faktycznie w materiale na Kanale Zero jest, okazało się, że ludzie z konkretnymi uprzedzeniami interpretują wszystko po swojemu.
Jest tak jak jeden z redaktorów tego medium napisał. Redaktor Wiernikowska zawsze zostawia ludziom przestrzeń do własnej interpretacji, a w tym reportażu robi to w sposób wyrafinowany, bo za każdym razem także z pewnym zakresem dbania o to, by po jakimś czasie nie zostać "skasowaną" przez jakiś "oddział prewencyjny" za działalność wywrotową lub cholera wie jaką jeszcze dywersję.
Pośród tych wrogich komentarzy często dostaje się red. Wiernikowskiej za to, że w swoim reportażu wygłasza "prorosyjskie tezy" - fałszywie przedstawiające Rosję. Lecz nikt z tych, którzy takie zarzuty stawiają, nawet przez chwilę nie pomyśli, że MW dbając o wspomniany wyżej "zakres bezpieczeństwa" być może powiela za pomocą słów zasłyszane w rozmowach z ludźmi, których widać na ekranie, myślenie rosyjskie, tak po prostu, a nie dzieli się własnymi poglądami.
Z jednej strony najzagorzalsi krytycy tego reportażu przypominają jak zbyt szkodliwe tworzenie narracji w pracy reporterskiej na terenie Rosji może przynieść nieciekawe konsekwencje dla każdego kto tak robi, a z drugiej roztaczają blaski swojego moralnego oburzenia na to, że ktoś dbale pilnuje, aby móc wrócić do Polski z czymś konkretnym dla widzów. I tu trzeba zadać sobie pytanie. Co takiego zrobiła ów krytykom Maria Wiernikowska, że oburza ich, że nie zrobiła nic, aby dać się "skasować", a do Polski wrócić z niczym? Kto potrzebował ciekawego reportażu z Rosji w tych "popieprzonych" czasach ten go otrzymał. Jak widać jest wielu także takich, którzy znieść nie mogą, że nie dowieziono im kolejnej dawki "antyputinowskiego rzygu", jakby ten, na który mogą liczyć od kilku lat niemal codziennie im nie wystarczał.
Wróćmy jeszcze do słowa-klucz "pierwszy", z początku mojej notki. Otóż zalecam ludziom, którzy już gniewnie pomstują na redaktor Wiernikowską, aby ze swoim oburzeniem poczekali przynajmniej na kilka kolejnych odcinków z całego cyklu. Reportaż to też sztuka, a jak można domniemywać, jest to także zrozumiałe i dla tych, którzy już zdążyli na Marię Wiernikowską nakrzyczeć. A skoro jest zrozumiałe, to powinni tym bardziej rozumieć, że tak jak obrazu na płótnie nie ocenia się po tym co jest w jego prawym górnym rogu, tak cyklu reporterskiego (autora tym bardziej) nie powinno oceniać się po jednym odcinku. Być może to czego tak bardzo oczekują jest podane w całości cyklu po prostu nienachalnie i bez zbędnego walenia cepem, ale wymagającego inteligencji, by to dostrzec.
I na koniec dodam jeszcze, że powyższy wpis nie jest ani "prorosyjski", ani "proputinowski". Tak gwoli ścisłości w tych "popieprzonych" czasach.


Komentarze
Pokaż komentarze (26)