Nie wiem, od czego zacząć, tak bardzo się wstydzę. Ostatnio mnie poniosło, poniosło mnie tak daleko, że ujrzałem się na wałach w towarzystwie Stefana Niesiołowskiego. A przecież powódź dawno się skończyła. Napisałem, że Nostradamus przepowiedział mi karierę najsławniejszego blogera S24. Co, nie ukrywajmy, miało sugerować blogera najlepszego. Każdy rozsądny człowiek na moim miejscu byłby się powstrzymał przed rozpowszechnieniem tej informacji. Chociaż przez parę dni. Tak na wszelki wypadek.
Ja się, niestety, nie powstrzymałem. Ja, któremu nawet żona nigdy nie powiedziała, że jestem najprzystojniejszym, najbardziej błyskotliwym czy najbardziej apetycznym (nie mówiąc już, że zadbanym) mężczyzną, jakiego znała, dałem się podejść jakiemuś podejrzanemu głosowi. Wystrzegajcie się przeciętniaków! Tacy są najgroźniejsi. Uwierzyłem, wypaplałem i wpadłem po uszy.
A przecież mogło się rozejść po kościach. To co, że jakiś tam Nostradamus przepowiedział. Znawca się znalazł! Innemu to samo przepowiedziała Józefina Pellegrini, a bardziej pewni siebie w ogóle nie potrzebują przepowiedni, bo sami wiedzą, że są najlepsi. Mój problem polega na tym, że Nostradamus zadzwonił po raz drugi.
Zadzwonił, gdy kliknąłem "zapisz". Piszczyk przy mnie to dziecko szczęścia! Nostradamus tym razem powiedział, tą samą łamaną polszczyzną, że poprzednio wybrał zły numer. Że chciał się dodzwonić do blogera ... Nie zdradzę, niech niektórzy z was też przełkną swoją gorycz, swe niespełnione sny o sławie. Stracone złudzenia.
Dotychczas nie miałem innych marzeń poza jednym: żeby gdzieś zaistnieć, żeby było o mnie głośno, żeby zaznać słodyczy ..., z wrażenia zapomniałem, o jakich słodyczach roiłem. No i mam słodycze! Ze złości zbudziłem rodzinę, zniszczyłem nasze wspólne tłumaczenie przepowiedni (by dopiec wszystkim, którym się lepiej w S24 powodzi), zadzwoniłem do Róży Luksemburg (po raz pierwszy w życiu z własnej inicjatywy), by jej powiedzieć, że też ją kocham, chociaż mi się nie podoba, i poszedłem spać. Tak byłem wzburzony, że może nawet poszłem.
To wszystko, co miałem do zakomunikowania. Dobrze, że nikt mnie teraz nie ogląda, bo siedzę w opłakanym stanie. PKP w porównaniu ze mną wygląda jak jeden z zapowiadanych przez premiera grającego w go cudów. Blogerów, których nieświadomie uraziłem, przepraszam. W zamian proszę, by nikt mnie nie oskarżał o mizdrzenie się. Tego na pewno nie umiałbym znieść. Chcę też powiedzieć, że już nigdy nie będę rozmawiał z kimkolwiek mówiącym po francusku. Tego możecie być pewni.
A Nostradamus jest ... Nie używam brzydkich słów, sami sobie dopowiedzcie.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)