capa capa
313
BLOG

Porwanie Dulcynei - marzenie sylwestrowe

capa capa Rozmaitości Obserwuj notkę 26

To będzie wpis bardzo osobisty, proszę więc o większą niż zazwyczaj wyrozumiałość. Zazwyczaj nie jestem spięty, co akurat, niestety, nie wpływa na jakość mojego pisania. Ale co innego pisać o sprawach ogólnych, co innego zaś, gdy zaczynamy pisać o sobie. W dodatku chcemy pisać o rzeczach intymnych. Gdy piszę o rzeczach intymnych, jestem tak spięty, jak Amiel piszący Dziennik intymny (to był fragment dla blogera Baribala, gdyby przypadkiem na chwilę tu zagościł). Boję się śmieszności. Nie tej stylistycznej. Tej się nie boję, bo przecież kret nie boi się słońca. Boję się śmieszności wyznań. Inni się nie boją, ja się boję. Ale z drugiej strony, tak mnie korci, żeby o tym napisać, że nie umiem się powstrzymać. Trzymajcie za mnie kciuki, Wy, których życzliwość dodaje odwagi. A Wy, którzy życzliwości nie macie, zamilczcie, choćby przez grzeczność.

Piszę o tym dzisiaj, bo jutro z żoną witamy Nowy Rok. Jak co rok. W ten dzień nie mam chwili wytchnienia. Najpierw biegnę do sklepu monopolowego po alkohol, którego nie wypijamy, bo oboje jesteśmy abstynentami, ale żona twierdzi, że taka jest tradycja i alkohol w domu musi być. Tradycja - rzecz święta. Potem jemy, jemy w ten dzień bez przerwy. Oboje nie jesteśmy abstynentami żywnościowymi, co zresztą po nas widać. Po żonie widać bardziej. W przerwach żona włancza (ona włancza, ja wyłanczam i włączam po raz drugi) komputer, ja nastawiam muzykę i siadam wygodnie, żona zaczyna mi czytać co celniejsze wpisy najsławniejszych blogerów. Czyta i komentuje. Nie komentuje tych wpisów, komentuje niedostatki mojego pisania. Gdybym był człowiekiem bardziej zapalczywym albo bardziej odważnym, ludzie, jak ja bym chciał być bardziej zapalczywy albo chociaż bardziej odważny. Nie jestem. Siedzę, słucham i przytakuję. Co jakiś czas robimy przerwę, by się posilić, potem chwilę tańczymy (zawsze powtarzam: kochanie, teraz ty prowadzisz, robisz to przecież lepiej) i wracamy do czytania. Są to najbardziej szampańskie sylwestry, jakie znam. Polecam wszystkim. Na myśl o tym jutrzejszym dniu naszła mnie taka nostalgia, że nie mogłem się powstrzymać. Dlatego siedzę i piszę.

O tym, że jestem zakochany, pisałem 6 XII. Wiele mnie to kosztowało, ale nie żałuję. Jestem, o czym Was powiadomiłem, zakochany w Dulcynei. W żonie też, to oczywiste, ale w Dulcynei bardziej. Tylko że taka miłość, miłość granicząca z utratą sił, do niczego nie prowadzi. Miłość platoniczna. Ona jest wspaniała, ale jak długo można się w kimś kochać platonicznie, nie będąc poetą? Tak mi dziś ta miłość do Dulcynei nie daje spokoju, że postanowiłem ją, Dulcyneę, nie miłość, porwać. Nie na strzępy. Porwać, by mieć ją na wieki u swego boku. Pewnie, że mógłbym jej nie porywać, mógłbym spróbować perswazji, ale obawiam się, że na nic by się to zdało. Nie dość, że nie czuję w sobie daru perswazji, to jeszcze Dulcynea jest taka zadziorna, taka rezolutna, taka niedostępna ... skończyły mi się koncepty. Słowem, mógłbym wrócić z niczym. Nie ma innej rady, konieczny jest aksamitny przymus.

Spyta ktoś, po co mi Dulcynea? Ależ drodzy Przyjaciele, to może wyjść na zdrowie nie tylko mnie, to może być ozdrowieńcze również dla Was. Tyle się o niej nasłuchałem! Że taka, że śmaka (ja chyba rzeczywiście nie umiem pisać - śmaka, też coś!), że owaka, że ... Zaiste, pióro Sienkiewicza wyschłoby w połowie zdania. I tu nagle ja ją porywam. Wyjeżdżamy do kornwalijskiego zamku (może być inny, ten kornwalijski jakoś tak mi ładnie zabrzmiał), w każdym razie daleko stąd, nie mogę bowiem zapomnieć o mojej żonie, zaszywamy się w nim i ... I co, i co? I nic, urodził nam się milion śledzi, jak mawiał niezapomniany Panie Kochanku. Żartowałem, tak trochę literacko żartowałem z myślą o blogerze Baribalu, gdyby, przez przypadek, rzecz jasna, był ciągle z nami. I co? Teraz poważnie. I nic, stajemy się innymi ludźmi.

Razem piszemy bloga. Bloga "Zakochani Rycerz z Manchy i Dulcynea" albo jakoś krócej: "Rycerz i Dulcynea"; "Piękny", pomyliłem się, powinno być "Piękna i Bestia". Pomyślimy nad tym, będziemy mieli dużo czasu. Najważniejsze, że piszemy w duecie. W chwilach wolnych od miłości, miłości rycerskiej. Piszemy do Saloniku Kameralnego. Jedno zdanie Dulcynea, ma wszak pierwszeństwo i lepsze pióro, drugie ja. Moje będą gorsze. Ale nic to, pióra przecież nie podmienię. "Jużem się dość nawojowała, chcę odpocząć, kochając mróweczki, komareczki, mleczyki a nawet ludzi, ludzie dają się kochać." To takie moje, bo Dulcynea ujmie to w piękniejszych słowach. "Oj, Dana ..." Przepraszam, jeszcz raz. "Oj, rację masz - tak ja skonstruuję swoje zdanie - ma ukochana, trzeba kochać ludzi, choć nie wszyscy ludzie to ludzie." A w kategorii Polityka ... Zaczekajcie, sami się przekonacie. Po roku nikt nam nie dorówna, zostaniemy najlepszymi, najbardziej lubianymi i najbardziej poczytnymi blogerami. Zyskamy na tym wszyscy. Wy, Wy jesteście wszak najważniejsi, Wy, bo zaznacie ukojenia, Dulcynea, bo ją pokochają wszyscy (tylko mi jej nie próbujcie wykraść, zaszyjemy się w takim miejscu, że nas na pewno nie znajdziecie; z tą Kornwalią żartowałem), wreszcie ja, bo u jej boku uszlachetnię i wyostrzę swoje pióro. Co się ze mną dzieje? Przemieniam się w poetę czy to uboczny efekt zakochania? Po prostu naoliwi mi się klawiatura.

Trzymajcie, proszę, za mnie kciuki. Zaczynam się powtarzać. To także efekt zakochania. W Nowy Rok (jutro nie mogę, naprawdę nie mogę), gdy tylko wzejdzie słońce, ruszam po mą Dulcyneę. Per pedes, Rosynant, od kiedy nauczył się mówić, nie chce mnie słuchać. 

Dulcyneo, Dulcyneo ma, licz godziny! Przestań pisać! Czekaj!        

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (26)

Inne tematy w dziale Rozmaitości