capa capa
1294
BLOG

Zrywam z Dulcyneą. Kres niespełnionej miłości

capa capa Rozmaitości Obserwuj notkę 129

Będzie to wpis na wskroś osobisty. Ekshibicjonistyczny do granic imperium. Ekshibicjonistyczny i wstydliwy. Będzie też grafomański, jak wszystkie pozostałe, które wyszły z mej klawiatury, co tak błyskotliwie zauważył jeden z komentatorów. Historia, którą chcę tu opisać, nikogo zapewne nie zainteresuje, bo i dlaczego miałaby zainteresować. Piszę ją właściwie dla samego siebie. Ale, niestety, nie dla pokrzepienia serca. By rozdrapać jeszcze nie dość broczące rany.

Kochałem ją tak, jak Ptyś kochał Balbinę, jak ser kocha majonez a śliwki kompot. Jak pan Michał, ten, co to lubił wchodzić do podziemi. On jednak mówił "nic to" i kochał inną.

Dulcynea od początku zasłoniła mi ekran. Nie swymi rozmiarami, bo zakochując się, ich nie znałem. Przesłoniła mi go swym esprit. Ewentualnych czytelników z trzęsącymi się od czasu do czasu dłońmi rozczarowuję - tym razem nie chodzi o środki zatrzymujące trzęsienie dłoni. Najpierw, jak to zwykle bywa, usłyszałem o niej. Że to niby ze Skłodowską grzebała w radarze, że z Wasilewską chodziła do szkoły, mniejsza z tym. Słyszałem dużo różnych rzeczy. Nie przejąłem się tym, bo o różnych różne rzeczy mówią. O mnie mówią, że przypominam poduszkowiec, a przecież nie przypominam. Potem odkryłem ją, mą Dulcynę, rzecz jasna (przypominam, gdyby ktoś zdążył zapomnieć, że mówię cały czas o niej), odkryłem jej talent blogerski. Doznałem udaru. Przez tydzień nie mówiłem. Dotychczas łudziłem się, że jestem tym dla S24, czym red. Wołek dla ludzkości, tylko nikt, poza mną, jeszcze tego nie zauważył. Po lekturze jej wpisów przekonałem się, że myliłem się tak samo, jak Manuela Gretkowska, gdy myślała, że jest Georges Sand.

Inny na moim miejscu zakochałby się w mniej zjawiskowej zjawie. Ja nie potrafiłem. Kochałem coraz bardziej. Gdyby siłę mej miłości można było zamienić na wysiłek fizyczny (o intelektualnym nie mówię, bo nie ma o czym), dziś zdołałbym wykopać dwa rowy stąd do Alaski i z powrotem. Wyłem o swej miłości. Dulcynea milczała. Posyłałem jej listy. Dulcynea zburzyła wszystkie poczty. Ostatecznie zdesperowany próbowałem ją wykraść. Łatwiej mógłbym wykraść Kolumnę Zygmunta. Skończyło się na porwanym ubraniu. Porwanym na strzępy.

Ciągle nie rezygnowałem. I wybaczałem, a nie jestem skłonny do wybaczania. Pewnie zamieniłbym się w "niedotykniątko", to "niedotykniątko" z Sołoguba, gdyby nie przypadek. Doniesiono mi ... Niektórzy lubują się w takich doniesieniach. Ja donaszam wyłącznie stare spodnie, ale inni są mniej oszczędni. Mniejsza z tym. Doniesiono mi, że ma Dulcynea przechodzi jakiś taki - coraz wyraźniejszy - kryzys. Nie wiedziałem (oszczędzono mi tej wiedzy), czy chodziło o kryzys twórczy, czy kryzys walutowy, ale i tak byłem zaniepokojony do granic. Do granic imperium. Powiedziałem sobie: dość. Rzuciłem wszystko. Komputer, palenie tytoniu, żonę (tego dobrze nie przemyślałem, ale kto w takich sytuacjach myśli?), pracę. Pracy właściwie nie musiałem rzucać, ona uczyniła to wcześniej, ale to przecież na jedno wychodzi.

Dosiadłem Rosynanta, minąłem Tobosco, moja Dulcynea dawno temu przeniosła się do Tabasco, i upocony wjechałem do Tabasco. Wjechałem incognito. Po cholerę wjeżdżałem incognito, do tej pory nie wiem. Z powodów od siebie niezależnych zatrzymałem się pod karczmą i zacząłem nasłuchiwać wieści o Dulcynei. 

To, co usłyszałem ... Przemilczę swoją reakcję, powiem tylko, że Rosynant na wieść o tym dostał puchliny. Co się okazało? Podobno ma Dulcynea nabawiła się jakiejś nieznanej w okolicy choroby, którą wymowni mieszkańcy nazwali syndromem Mendozy. Pokazywali mi księgę jakiegoś don Miguela, w której o tym wspomniano, ale kto na moim miejscu miałby ochotę czytać? Dulcynea podobno oskarżyła szlachetną Dolores o podbieranie jaj z kurnika sąsiadów, jej męża Antonia o brak dwóch zębów, a stryja Lope o wydłubywanie oczu kangurom. Kangury, jak wiadomo powszechnie, w okolicach Tabasco nie występują. A przyjaciół i znajomych tej, podobno zwyczajnej rodziny, o kąpiele błotne w Rabce.

Gdyby Rosynant był zdrowszy, gotów byłbym lać mych informatorów. Rosynant nigdy jednak nie był zbyt rączy, a z puchliną nie rączył nawet za siebie, postanowiłem więc zaniechać jakichkolwiek burd. Wziąłem go na swój grzbiet (uczyniłem to, bo już kiedyś miałem nieprzyjemności z powodu niedostatecznej opieki nad zwierzętami, gdy nie pozwoliłem psu spać w naszym małżeńskim łożu) i podreptałem w kierunku domu Dulcynei. Dotarłem po tygodniu, drugi tydzień musiałem dochodzić do siebie po trudach podróży, ale w końcu stanąłem przed jej gankiem. Gdy sobie o tym przypomnę, wolałbym się zapaść pod ziemię.

Na ganku stała ... Okazało się, że stała na nim Dulcynea. I bardzo dobrze. Ja też nie mogę o sobie powiedzieć, że wywołuję zachwyty. Kochają się nie tylko ludzie piękni. I tak jest sprawiedliwie, bo co wówczas mieliby robić ci niepiękni? Nie wybrzydzaj, rzekłem do siebie. "Mogłem się tego domyślić" - burknął Rosynant, ale wymierzyłem mu solidnego kopniaka w nadęty brzuch (zaryzykowałem; wydawało mi się, że na takim odludziu  nie ma Animalsów) i zamilkł. Wtem słyszę: ihaha-ihaha-ihaha. Na wszelki wypadek kopnąłem Rosynanta jeszcze raz, ale okazało się, że on już i tak leży zamroczony. To ihahała, niestety, moja Dulcynea. Żebyż jeszcze zaihahała raz czy drugi, ale ona ihahahała tak bez przerwy ze trzy godziny. Zalany łzami udzieliłem Rosynantowi pierwszej pomocy i pomaszerowaliśmy do domu. Mimo powtarzanych co jakiś czas przeprosin nie przemówił do mnie ani słowa.

A teraz, Wy, bez serc prześmiewcy, śmiejcie się ze mnie. Śmiejcie się, śmiejcie ... Kiedyś i Was to spotka.           

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (129)

Inne tematy w dziale Rozmaitości