Pani Łopata zdybała drogowego pirata
Pani Łopata była damą w słusznym, czyli dusznym wieku. Mimo pojawiających się od czasu do czasu duszności, porażała energią i, jak mawiała, synergią. Co przez to rozumiała, nie wiedzieli nawet najstarsi jej znajomi. Pani Łopata przyciągała i odpychała. Magnetycznie i magnetofonicznie. Admiratorzy widzieli ją, jak samotnie wdrapuje się na najwyższe szczyty, by wracać z nich na motolotni. Nieprzychylni, ród ludzki pełen jest bowiem zawiści, twierdzili, że pamiętała Wiosnę Ludów, o czym miał świadczyć pisany przez nią wóczas "Dziennik moich cnych marzeń." Pani Łopata miała skomplikowaną, ale zarazem silną osobowość. Lubiła turlać się w dmuchawcach, gdy zbytnik wiatr delikatnie muskał jej lwią grzywę pszenicznych włosów. Lubiła pochlebców, bo uważała, że mają dobry gust. Ale pani Łopata miała też idiosynkrazje. Unikała ludzi w okularach, pieczonego drobiu i rajstop.
Dla pani Łopaty Miasto, jej Miasto, jak mawiała, było świętością. Dla dobra Miasta mogła się posunąć do największych wyrzeczeń. Emerytowany Admirał, jej zagorzały adorator, był przekonany, że dla dobra Miasta pani Łopata mogłaby je zburzyć. Własnymi rękoma. Jako lokalna patriotka pani Łopata wydawała gazetkę "Dla dobra Miasta". Wydawała ją i była jej pawim piórem. "Dla dobra Miasta" zawierało niezliczone ilości artykułów pani Łopaty, w których wysławiała Burmistrza i popierającą go część rady miejskiej. Burmistrz, mąż w kwiecie wieku, tracący siły i zdrowie dla Miasta, był tym dla pani Łopaty, czym Marszałek dla Sławoja. Gdy mówiła o Burmistrzu, a mówiła o nim zawsze i wszędzie, mówiła "pan Burmistrz", wyglądała jak podlotek. Zmarszczki ginęły w oka mgnieniu, a oczy lśniły jak wypolerowane.
Największym utrapieniem pani Łopaty byli ci spośród radnych, którzy rzucali pod nogi Burmistrza pinezki. Dlatego i ona, gdy tylko mogła, a mogła wiele, wbijała własne pinezki w różne części ciał znienawidzonych radnych. W listach przychodzących do redakcji "Dla dobra Miasta", których znaczną część pisali Emerytowany Admirał, Uczony Bez Głowy, Tygrysek i sama pani Łopata, wynoszono panią Łopatę na najwyższe piętra kamienic Miasta, ośmieszano niegodnych radnych i i wieszczono, że Burmistrz w przyszłości zostanie wojewodą albo Dżyngis-chanem, tak wielki miał potencjał.
Gdy wreszcie nadeszła wiosna, dotychczas więziona przez źle życzących Miastu radnych, pani Łopata uwielbiająca zdrowy tryb życia wzięła swoje kijki łokingtoking i wybrała się na przechadzkę po mieście. Słoneczko, które pani Łopata zawsze postrzegała jako lustrzane odbicie Burmistrza, promiennie ześlizgiwało się po jej licu. Uśmiechnięta nabierała coraz większej ochoty do dalszej walki o dobro Miasta. Nuciła coś sobie pod nosem, łokingtokingi jej wtórowały, przesuwając się po wyrwach w bruku, które z pewnością były dziełem złych radnych. Właśnie mijała zaparkowany przy chodniku samochód, gdy jej bystre oko skupiło się na numerach rejestracyjnych. Pani Łopata przystanęła, radość tak szybko, jak się pojawiła, znikła. Pani Łopata wyciągnęła z torebki notatnik, z czułością przesunęła zdjęcie Burmistrza, odszukała interesujące ją numery.
- Wiedziałam! Radny Muchomorek, ta zakała. Widział to ktoś, by w takim miejscu parkować. Oburzające! A gdyby tak przejeżdżał tędy pan Burmistrz i chciał się ze mną przywitać? Gdzie miałby zaparkować, jeśli ten muchomór zajął tak dogodne miejsce? Skandal!
Już chciała wzywać straż miejską, żeby odtransportowała auto radnego Muchomorka na złomowisko, ale się odmyśliła.
- Szkoda czasu. Sama to załatwię.
Ponownie otworzyła torebkę, ponownie z czułością przesunęła zdjęcie Burmistrza, wyciągnęła wielką chustę, której często używała, gdy chciała uniknąć rozpoznania. Zarzuciła ją na głowę, zawiązała na dwa węzły, obróciła się parę razy na zgrabnej pięcie. Upewniwszy się, że nikt na nią nie zwraca uwagi, z gracją Portosa, wbiła łokingtokinga w oponę samochodu radnego Muchomorka.
- Trafiony! - wykrzyknęła bezgłośnie.
Zdjęła chustę i pomaszerowała dalej. Uśmiech rozjaśnił jej oblicze. Uszła parę kroków, uśmiech zgasł.
- Na pewno ma zapasówkę. Wykręci, wkręci i pojedzie. Niedoczekanie.
Powtórzyła wszystkie poprzednie czynności, cofnęła się i drugi łokingtoking unicestwił drugą oponę auta radnego Muchomorka.
- To się nazywa sprawność.
- Witam panią, pani Łopato - ukłonił się Tygrysek. - Jak zwykle cudownie pani wygląda, a pani wczorajszy artykuł rzucił mnie na kolana. Pani Łopato, pani powinna pracować w prasie ogólnopolskiej. Najlepiej w naszym ulubionym "Warkoczu Nowoczesności"
- Jak zwykle szarmancki. Uwielbiam pańskie tyrady, panie Tygrysku.
- Moje przy pani są miałkie.
- Proszę się tym nie ambarasować, jeszcze nic straconego. A propos, panie Tygrysku, widzi pan ten samochód?
- Tak?
- To samochód radnego Muchomorka. Ktoś poprzebijał opony. Nie pochwalam takiej manifestacji niechęci, ale właściwie się nie dziwię.
- Ma pani rację, jak zwykle, pani Łopato. Sam mógłbym to zrobić z przyjemnością. Tacy ludzie w ogóle nie powinni mieć samochodów
- Tak, zgadzam się z panem. Miło się z panem rozmawia, ale muszę już iść. Gimnastykla przede wszystkim.
- Żegnam panią, pani Łopato, i czekam na kolejny tekst.
Szarmancki pan Tygrysek doczekał się już następnego dnia, gdy w "Dla dobra Miasta" przeczytał artykuł "Mieszkańcy Miasta nie znoszą radnego Muchomorka".



Komentarze
Pokaż komentarze (46)