0 obserwujących
22 notki
97k odsłon
314 odsłon

Uniwersytet Potiomkinowski (i obietnice innowacji)

Wykop Skomentuj14

[ Mój/nasz kawałek z piątkowej Rzepy ] Prężne wielkie uniwersytety i politechniki. Uczeni, choć niedofinansowani, ścigający się ze światową czołówką i, jeśli tylko znajdą się pieniądze, gotowi zamienić polską gospodarkę w nowoczesną "knowledge based economy". Do tego setki przeróżnych szkół, w których, na przekór biedzie, dzieje się edukacyjny cud -- uczy się najlepiej wykształcone pokolenie w dziejach Polski.

Tylko że to wszystko jest na niby. Jest fikcją budowaną dla polityków i naiwnej publiczności, na podobieństwo potiomkinowskiej wioski. Zaczęło się od edukacji. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wyszliśmy -- jak mówią politycy -- naprzeciw aspiracjom edukacyjnym młodzieży. Odsetek studiujących w pokoleniu 19-- 23-latków przekracza w Polsce 50 proc. i jest wyższy niż w Niemczech, Francji, Holandii czy Japonii, a znacznie wyższy niż w Czechach i Słowacji. Tylko czy na pewno te studia są warte inwestowania kilku lat życia?

Władza dostrzega problem jakości edukacji i rozwiązuje go tak, jak potrafi: kontrolami i regulacją. Szkoły odpowiadają tak, jak zawsze odpowiada się na kontrole: tworzeniem fasadowej rzeczywistości. Ustawa stawia uczelniom, które chcą kształcić studentów, dwa warunki. Po pierwsze mają dysponować kompetentną kadrą nauczycieli, przy czym kompetencję mierzy się za pomocą stopni naukowych. Wymóg ten daje dożywotnią pewność zatrudnienia każdemu, kto ma habilitację w chodliwej dziedzinie. Kwalifikacje nie mają znaczenia, podobnie jak wiek, stan zdrowia ani odległość od miejsca pracy, w którym w końcu nie trzeba często bywać.

Po drugie szkoły mają realizować ustalone przez ministra nauki i szkolnictwa wyższego programy, tzw. standardy nauczania, takie same na Uniwersytecie Warszawskim i w prywatnej wyższej szkole tego i owego. Warunek ten wypływa z tego, że -- formalnie rzecz biorąc -- uczelnie nadają w imieniu RP państwowy tytuł magistra (coś niepojętego dla Amerykanów) -- i państwo życzy sobie, aby ten tytuł znaczył tyle samo niezależnie od tego, kto go nadaje. Ta centralistyczna ułuda niszczy autonomię dobrych szkół, uniemożliwiając konstruowanie w nich interesującego, odpowiadającego możliwościom studentów curriculum. A jednocześnie kieruje słabsze szkoły, których studenci (a często również kadra) nie są w stanie zrozumieć zagadnień objętych standardami, na drogę kompletnej fikcji: codziennie w setkach audytoriów w całej Polsce wykładowcy wygłaszają ponad głowami dziesiątek tysięcy drzemiących słuchaczy długie akapity zbyt trudnego dla nich tekstu. Czyniąc zadość ministerialnym standardom oraz idei porównywalnych dyplomów.


Jeden z nas, pracując dla Państwowej Komisji Akredytacyjnej, instytucji kontrolującej, czy pozory jakości kształcenia są należycie zachowywane, wizytował pewną liczbę szkół spoza pierwszej dwudziestki najlepszych polskich uczelni. Wszędzie brakowało dwóch najbardziej podstawowych dla uczelni składników: dobrych studentów i wartościowej kadry. Bo w Polsce dramatycznie brakuje odpowiednio przygotowanych kandydatów na studia. Uczniów bardzo dobrych jest u nas wielokrotnie mniej niż w większości krajów rozwiniętych Opublikowane w listopadzie wyniki badań PISA (Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów) mówią niby, że średnia jakość wykształcenia uczniów szkół ponadpodstawowych lokuje Polskę powyżej średniej OECD, ale ta średnia bierze się jedynie z tego, że mamy bardzo niewielu uczniów bardzo słabych. Bo uczniów dobrych i bardzo dobrych, tych, w których dalszą edukację rzeczywiście warto inwestować, jest w Polsce wielokrotnie mniej niż w zdecydowanej większości krajów rozwiniętych.

Mając tak niewielu młodych ludzi, których warto dalej kształcić, powinniśmy koncentrować środki w najlepszych wydziałach paru przyzwoitych uczelni. Kształcić absolwentów, który potrafią potem realizować się w różnych dziedzinach, być może również bardzo odległych od kierunku wykształcenia. Żeby, jak w Cambridge, nie dziwiły osoby, które ukończyły studia humanistyczne, a potem są szanowanymi audytorami lub z sukcesem zakładają firmy tworzące wyrafinowane oprogramowanie. Tylko tacy ludzie mogą tworzyć "knowledge based economy". Jeden z nas od kilku lat prowadzi praktyki badawcze dla wyselekcjonowanej grupy studentów z wiodących polskich uczelni, których celem jest przenoszenie do Polski najlepszych brytyjskich wzorców akademickich. Uzyskane wyniki pozwalają stwierdzić, że z młodzieżą tą można pracować jak w Cambridge i uzyskiwać wyniki, które nadają się do pokazania poza murami macierzystej instytucji akademickiej.

Tej zaś części młodzieży, która zrobiłaby lepiej, ucząc się jakiegoś rzemiosła, nie powinniśmy mamić bajkami o dyplomie, lecz uczciwie powiedzieć, że dobry hydraulik zarobi więcej niż absolwent kiepskich studiów. Zamiast tego, w imię oderwanych od rzeczywistości politycznych sloganów, zbudowano fikcję studiów masowych. Z której to fikcji nasi liczni koledzy odnoszą zupełnie niefikcyjne korzyści. Ale zajęci -- na kilku etatach -- udawaniem, że uczą, porzucają marzenia o naukowej pogoni za światem.


Dziś fikcja edukacji akademickiej przestaje być wielkim interesem. Z jednej bowiem strony niż demograficzny i otwarcie granic ograniczają uczelniom bazę rekrutacyjną, z drugiej zaś prawdziwe pieniądze pojawiły się gdzie indziej. W nauce. Pod warunkiem, że się obieca przełożenie na innowacyjną gospodarkę. Bo politycy uznali, że rozwiązali już problem wyższej edukacji, i teraz ich konikiem jest strategia lizbońska: centralnie sterowana, jak u Nikity Chruszczowa, europejska pogoń za innowacyjną Ameryką.

Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale