Uwaga, przygotujcie się na wstrząs. Chrześcijańscy demokraci i ekolodzy to tak naprawdę jedna frakcja. Co ich łączy? Fundament – cyniczny stosunek do deklarowanego światopoglądu. Tak jak wśród pierwszych niewielu odważy się w debacie publicznej powołać na Boga, Jezusa Chrystusa, czy Dekalog, tak wśród ekologów nie znajdziemy raczej propagatorów naturalnych (ergo, jedynych ekologicznych) metod antykoncepcji.
Pamiętacie jeszcze historię Rocco Buttiglione, który ze swoimi ekstremistycznymi poglądami na temat szczególnej roli chrześcijaństwa w Europie, miał ambicję kandydowania na stanowisko wiceprzewodniczącego KE, czym naraził swoje polityczne środowisko na zarzut religijnego fundamentalizmu. Ostatecznie dla dobra frakcji chadeckiej, a zapewne i ukochanej przez wszystkich Europy, ustąpił i wycofał swoją kandydaturę. Jego porażka długofalowo odniosła ten skutek, że po raz kolejny dała politykom chrześcijańskiej demokracji do zrozumienia, iż owszem w Boga, takiego czy innego, mogą sobie wierzyć, ale mówić o tym na europejskich salonach to podejrzane, a może nawet obciach. Ostatnich kilka lat dowiodło, że lekcja została odrobiona.
Jak wiadomo obrońcy naturalnego środowiska mają swojego boga, zresztą, w zgodzie z modnymi trendami, rodzaju żeńskiego. Mowa oczywiście o ekologii. Osobliwe to bóstwo, bo w przeciwieństwie do tradycyjnych religii, gdzie człowiek jest ukochanym stworzeniem lub nawet dzieckiem bożym, wedle wierzeń ekologicznych jest najniebezpieczniejszym wrogiem, i to od momentu poczęcia aż do zgonu. Podczas swojego nierzadko długiego życia przyczynia się do ocieplenia klimatu, produkuje tony śmieci, dewastuje naturalne środowisko. Przyjęcie takiej logiki w najbardziej naturalny sposób prowadzi do poglądu, że jedynie słuszna koncepcja zbawienia świata to antykoncepcja. I tu paradoksy bynajmniej się nie kończą. Wbrew deklarowanej orientacji na naturalność także i tu zieloni hołdują swojej pokrętnej logice i, miast upowszechniać naprawdę ekologiczne metody kontroli urodzin, propagują tabletki i prezerwatywy – produkty przemysłu chemicznego, który z założenia w największym stopniu zagraża środowisku.
Poza tym z sił znaczących cokolwiek w PE trzeba wymienić jeszcze frakcje socjalistów i liberałów, obie pełniące w polityce europejskiej obowiązki etatowych strażników politycznej poprawności. W sojuszu z rodzimym PiS-em są jeszcze brytyjscy konserwatyści, którym z konserwatyzmu pozostało jeszcze tylko przywiązanie do tradycyjnej nazwy partii.
Parlamentarny plankton, przeróżne partie internautów, działkowców i podglądaczy życia seksualnego mrówek, zostawmy na boku, niech się nim zajmują pasjonaci botaniki.
Wobec przedstawionych faktów, gwoli zadośćuczynienia uczciwości i jasności sytuacji proponuję głównym siłom politycznym reprezentowanym w PE utworzenie jednej wspólnej, naprawdę potężnej frakcji pod szyldem EPePePe. Sugerowane rozwinięcie skrótu: Europejska Partia Poprawnych Pajaców. Zresztą, pod ostatnim „Pe” mogę sobie wyobrazić jeszcze wiele innych stosownych słów.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)