Jak powinien recenzent ustosunkować się do książki pisanej językiem tak – celnie ujął to tłumacz Andrzej Sionek – ascetycznym? Czy miałby posłużyć się równie ascetycznym językiem, czy może przeciwnie – próbować odkryć całą głębię kryjącą się za precyzyjnymi sformułowaniami ks. Hockena? Przyzwyczajony do słowotoku egocentrycznych autorów współczesnych, czytelnik zdziwi się pokornym stylem tej pozycji. I szybko się zorientuje, że lepiej nie przeskakiwać zbyt wielu stron naraz; bo „Kościół, który nadchodzi” trzeba by medytować, tak jak i sama książka powstała na bazie medytowania wydarzeń kościelnych inspirowanych przez Ducha Świętego.
Należy podkreślić, że nie jest to lektura pisana li tylko zza biurka. Owszem autor serwuje czytelnikom solidną dawkę wiedzy teologicznej czy historycznej, a i od nich oczekuje już jakiejś znajomości tematu odnowy Kościoła, ale przede wszystkim próbuje zaprezentować nie tyle wiedzę surową, co z pałającego serca wyjętą refleksję, refleksję powstałą z obserwacji działania Ducha Świętego prowadzącego Kościół na przestrzeni wieku XX. Tym bardziej cenna jest ta próba refleksji, że autor jest teologiem i historykiem Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej oraz ruchu zielonoświątkowego, a jako zaangażowany uczestnik charyzmatycznego przebudzenia sam najpierw skoncentrował się na tym, aby Duch Święty ożywił w nim całe biblijne objawienie, by potem, z tak ożywioną wiarą na nowo spojrzeć na soborowe dzieło i jego realizację. Jak sam pisze, porzucił już autor płonne nadzieje na to, jakoby odnowa Kościoła miała nastąpić dzięki pracy teologów, a nie przez posłuszeństwo żyjącemu Panu.
Czy nie jest wizja ks. Hockena subiektywnym odczytaniem znaków czasu? – mógłby zapytać ten czy tamten. W żadnym razie nie pyszni się autor „Kościoła...” ambicją podania wyczerpującej wizji działania Ducha Świętego, stara się raczej wskazać te elementy życia posoborowego Kościoła, które uważa za szczególnie istotne i po których spodziewa się, że przez następne pokolenia wydadzą owoc, jakiego nie sposób było jeszcze przewidzieć w latach trwającego soboru. Warto uspokoić czytelników, że tego gorącego zwolennika soborowych reform nie dałoby się żadną miarą zaszufladkować do medialnie głośnych rewolucjonistów, którzy oskarżają Ojców soborowych o brak konsekwencji w przeprowadzanych reformach – to w ogóle nie to towarzystwo! Autor stara się po prostu poświęcić uwagę „zasadniczym przełomom, które się dokonały, oraz pojawiającym się nowatorskim elementom. To właśnie dzięki nim możliwa jest głęboko idąca odnowa całości” (z przedmowy autora).
Zdumiewać może owoc tego sposobu odczytania soborowych reform, który proponuje ks. Hocken. Oto czytelnik otrzymuje spojrzenie na sobór w świetle tego, co już dokonało się dzięki działaniu Ducha Świętego w tych ponad czterdziestu latach dzielących nas odVaticanum II. Wśród tych elementów, które stymulują cały proces odnowy, a które stanowią radykalnie nowe akcenty w Kościele katolickim, autor widzi przede wszystkim: rolę Słowa Bożego (jego głoszenie i słuchanie) i przyznanie godności osobie ludzkiej. Następnie pokazuje, jak powstawały kolejne dokumenty soborowe, logicznie związane ze sobą nawzajem. Z kolei refleksja nad czterema dekadami po soborze pozwala wnikliwemu czytelnikowi znaków czasu zauważyć, jak mocno Duch Święty mógł powiać w życiu Kościoła dzięki soborowemu otwarciu drzwi. W niektórych momentach szum Ducha jest na tyle silny, że aż stwarza napięcie – by przywołać tu chociażby rolę świeckich przewidzianą przez sobór zbyt sztywno, jak okazało się w posoborowej erze, kiedy Duch Święty obdarzał obficie laikat charyzmatami, wzbudzając w nim większe pragnienia, niż oczekiwali tego uczestnicy soboru. Dowód na taką nieprzewidywalność działania Ducha stanowią nowe ruchy eklezjalne powstałe po Soborze, a mające w większości zarówno założycieli, jak i członków wywodzących się ze świeckich.
Ks. Hocken zwraca uwagę na drogie jego sercu relacje katolików z innymi chrześcijanami (największą rolę przypisuje ekumenizmowi katolicko-ewangelicznemu, stymulującemu do przyznania pierwszorzędnej roli osobistemu nawróceniu oraz oparciu się na Słowie Bożym), a także stosunek Kościoła do narodu żydowskiego oraz szczególnego miejsca narodu wybranego w odnowie jedności chrześcijan. Nie sposób w tych kilku zdaniach przedstawić istoty powiązania pomiędzy odnową Kościoła a ekumenizmem i kwestią narodu żydowskiego – w wizji autora „Kościoła...” sprawy te wiążą się nierozerwalnie, o czym przekonuje z pełną, acz jemu charakterystycznie pokorną, stanowczością. Wiele uwagi poświęca też ewangelizacji oraz nawróceniu z grzechów przeszłości – te fragmenty książki w sposób może najbardziej czytelny pokazują, jak daleko Kościół zaszedł w dziele odnowy, która nie byłaby możliwa bezVaticanum II, i która nie mogła zostać przewidziana w takiej formie czy raczej głębi jeszcze czterdzieści lat temu. Państwo już rozumiecie, co z tego wynika: skoro czterdzieści lat przynieść mogło takie owoce, jak wielkiego błogosławieństwa mogą oczekiwać kolejne pokolenia wierzących?!
Ostatnią część książki stanowi próba przedstawienia dokonań Jana Pawła II, którego „głębokie zakorzenienie w katolickiej tradycji, a jednocześnie twórczy duch, spotykają się razem w procesie rodzenia się nowego życia w kontekście historycznej wiary” (z prologu do części III), tym samym umożliwiają dokonanie niesamowicie płodnej syntezy magisterium nauczania katolickiego. Spojrzenie na dokonania Ducha, który zaprowadził Kościół poza osiągnięcia Soboru, zakończy autor propozycją odpowiedzi na pytanie: jak daleko zaszedł już Kościół i co jeszcze pozostaje do zrobienia? Ks. Hocken skłania się „do konkluzji, że jeżeli wysiłki zmierzające do odnowy nie rodzą Kościoła o głębszej wierze, bardziej intensywnej miłości i głębszej nadziei, to znaczy, że się nie powiodły” (tamże) – dlatego właśnie w tych wymiarach analizuje dzieło odnowy Kościoła, mając świadomość nienaukowej – z samej natury tak przyjętego kryterium – wymierności oceny.
Jest niniejszym recenzowana książka kolejną pozycją ks. Hockena dostepną polskiemu czytelnikowi. Razem z „Kościołem, który nadchodzi” katowicki „Emmanuel” udostępnia szerszemu gronu wcześniejsze książki: „Przecieranie nowych dróg” oraz „Wielki plan Boga”, poprzednio wydane w mniejszym nakładzie przez Katolickie Stowarzyszenie „En Christo” z Lanckorony. Stowarzyszeniu temu udało się wcześniej organizować wieloletni cykl spotkań pod tytułem: „Co mówi Duch do Kościołów?”, a także coroczne wakacyjne międzynarodowe i ekumeniczne tygodnie młodych, w czasie których swoją wizję odnawiającego się Kościoła przedstawiał ks. Hocken. Dobrze, że teraz do rąk zainteresowanego tematem czytelnika trafia ta wizja w formie pisanej. Szkoda tylko, że czytania nie ułatwiają błędy stylistyczne, literówki (także w skrótach dokumentów kościelnych) czy też poważna niekonsekwencja – brak w spisie treści numerów rozdziałów, przywołanych przecież w samej treści. Pochwalić za to trzeba ładne okładki hockenowskiej trylogii autorstwa Wojciecha Zająca.
Sławomir Zatwardnicki
Peter Hocken, „Kościół, który nadchodzi”, Wydawnictwo Emmanuel, Katowice 2009
Recenzję opublikowano w "Przeglądzie Powszechnym" nr 10 (październik 2009 r.), z drobnymi retuszami w stosunku do tego, co wysłałem do redakcji i co zamieszczam tutaj.



Komentarze
Pokaż komentarze