Refleksje spisane podczas pracy, księdzu Maciejowi K. Kubiakowi dedykowane
Mateusz przedstawia bardzo lakonicznie powołanie celnika imieniem Mateusz (a więc – prawdopodobnie – swoje). A przecież coś niesamowitego dokonywało się we wnętrzu tego człowieka, który na krótkie: „Pójdź za Mną!” wstał i rzeczywiście zostawił wszystko. Jakaś wielka głębia kryła się prawdopodobnie w duchu pogardzanego przez żydów celnika, i przebiegać tam musiała nieprawdopodobna walka o duszę tego grzesznika, a pewnie i o sens jego życia.
„Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: «Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?». On usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników»” (Mt 9,9-13).
Nie był sprawiedliwy, inaczej Jezus nie powołałby go (por. w. 13b). Ale pewnie czegoś szukał, coś go wewnątrz uwierało. Może znalazł się w tej grupie celników, którzy poszli ochrzcić się, kiedy Jan Chrzciciel wzywał do nawrócenia? Bo według Łukasza „przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: «Nauczycielu, co mamy czynić?». On im odpowiadał: «Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono»” (Łk 3,12-13). Od tego czasu – można domniemywać – nie przyjmował już łapówek, ale wiedział przecież, że to jeszcze nie wszystko; że to jeszcze nie to.
Siedział więc w komorze celnej i miał nadzieję na coś więcej; nie do końca wiedział, czego pragnie, jasno jednak widział, że nie chce całego życia spędzić na pobieraniu ceł. Właściwie to nigdy nie chciał, ale teraz dopiero przestał wypierać to ze swojej świadomości. Niecierpliwie odliczał czas pracy i co chwilę zerkał na zegarek. Targały nim sprzeczne uczucia: raz wydawało mu się, że dopóki tu jeszcze siedzi, pracę swą ma wykonać tak solidnie, jak Jan Chrzciciel wypełniał swoją misję, innym znowu razem niespokojnie odbębniał to, co trzeba było wykonać, a jego myśli były gdzieś daleko.
Nic dziwnego, że wyniki jego pracy były coraz mniej zadowalające. A on sam, z bijącym sercem, walczył nie wiedzieć z kim i z czym. Wiedział, że najlepsze lata życia ma już za sobą i nie bardzo może sobie pozwolić na zaczynanie życia na nowo; gdyby tylko zwierzył się przyjacielowi ze swoich oczekiwań, ten popukałby się pewnie w czoło; ale spokojnie, nie zamierza się zwierzać – to, co teraz przeżywa, jest zbyt intymne, żeby dzielić się tym z tymi, których do tej pory – a od tej już nie – uważał za przyjaciół; byłoby to jak rzucanie pereł przed wieprze. (Tak, zaprosi ich na wspólną ucztę, kiedy Pan zawoła go, ale będzie to uczta pożegnalna). Nosi więc w sobie ten ciężar. Sam. A przecież czuje – czy przeczuwa raczej – że nie sam.
Próbuje się modlić. Tak, on – grzesznik. Stawiany (jak inni celnicy) przez rabinów na równi z mordercą i rozbójnikiem. Modli się, kiedy nikt nie widzi. I także w czasie pracy. Nie umie tego robić tak, jak ci żydzi, którym odbiera pieniądze, a jednak podejrzewa, że jego modlitwa – jaka tam modlitwa, raczej jakieś westchnienia! – podoba się Jahwe bardziej niż pobożne gadulstwo tamtych. Owszem słyszał o tym, że „Ten, Który Jest” widzi wszystko, a więc modlić się do Niego można zawsze i wszędzie, także pracą – a jednak nie przekonuje go to do gorliwszego wypełniania obowiązków celnika. „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (Oz 6,6) – wydaje się prorokować swoją postawą, ale nikt nie przyjmuje – na razie, bo potem Pan nazwie to, co teraz on przeżywa – tego proroctwa.
A może nie prorokuje, a prowokuje raczej? Kogo – Boga czy…? Gdyby ktoś go napomniał za jego zachowanie w czasie pracy, parsknąłby tylko tej osobie w twarz; jakim prawem ktoś śmie osądzać to, co dokonuje się w jego wnętrzu, kiedy ważą się losy jego życia, i trwa tam zmaganie się z Bogiem porównywalne do walki Jakuba z aniołem (por. Rdz 32,25-33). (Ciekawe, czym będzie w jego przypadku ten wywichnięty przez anioła staw biodrowy?). Zresztą, sam Pan go broni przed tymi sprawiedliwymi – we wszystkim sumiennymi, którym zdaje się, że chwycili Pana Boga za nogi, a zachowaniem celnika mają ochotę pogardzić.
Powiedział też do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: «Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony» (Łk 18,9-14).
Rośnie w nim nadzieja – w jego duchu; bo kiedy próbuje logicznie, jak na celnika przystało, pomyśleć – pojawia się niepokój i zamęt, zarówno w myślach jak i uczuciach. Ale świeci w tej ciemności jakaś światłość, której ciemność nie ogarnia (opisze tę światłość potem jego młodszy – już wtedy – brat, Jan – por. J 1,5). Dzień po dniu, mając świadomość umierania w tej oto komorze celnej, w czasie wykonywania tych to a tych obowiązków, raz po raz powstając już w duchu, jakby ktoś go wołał, a potem znów, następnego dnia, zwlekając się z łóżka i powłócząc nogami do pracy. Mając świadomość, że takiej pracy się nie porzuca, a porzuconej – już się nie da odzyskać.
Strasznie pomylił się Caravaggio malując swój piękny obraz. Nie, ten człowiek wcale nie będzie pochylony nad pieniędzmi, kiedy wezwie go Nauczyciel; to nie baśń, w której magiczne zaklęcie ma moc panowania nad człowiekiem – proste „pójdź za Mną” odpowie na potrzebę serca celnika, który z kolei całym sobą odpowie na to wezwanie; wstanie i pójdzie za Nim. Wcale nie będzie pochłonięty liczeniem monet, kiedy stanie przy Nim On. Przypominać będzie raczej ojca, który wygląda przybycia swojego marnotrawnego syna. Ten grzeszny syn marnotrawny jest jednocześnie ojcem wyglądającym swojego powrotu do domu. Nie zauważył włoski malarz tego, co naprawdę maluje się na twarzy Mateusza.
Jest gotowy. Ale nie wyjdzie z komory celnej wcześniej, aż usłyszy autorytatywny głos Pana. Czeka na tę łaskę jak na… zbawienie? Jego imię – Mateusz – to grecka forma hebrajskiego imienia znaczącego: „dar Boga”. Po tym, jak przyjmie Boży dar, chyba sam Jezus nazwie go tajemniczym – „Lewi”. A on będzie towarzyszył Mu w Jego misji. Ale najpierw z radością urządzi przyjęcie.
Sławomir Zatwardnicki
Tekst został wydrukowany we wrześniowo-październikowym numerze „Biblioteki Kaznodziejskiej”.



Komentarze
Pokaż komentarze