Tych dwoje: on z puszką piwa, którą odłożył na moment, ona odgarnia włosy z czoła. Na tej brudnej stacji, od tyłu. Z nogami zwisającymi z betonowej szczerbatej platformy. Za nimi, w tle, ceglana ściana i zachodzącego słońca zamazane napisy na niej.
On i ona: O czym rozmawiali w tym momencie; i czy w ogóle? – bo cięty język skończył się, kiedy odeszli znajomi. I w ogóle jest jakoś tak nieswojo – niby przyjemnie, ale tak niecodziennie. Chciałoby się uciec. W cielesną bliskość. Ale jednak nie to, nie teraz.
Nie potrzebują młodzi żadnych kazań – ani domowych, które słyszą codziennie, ani tych niedzielnych, które puszczają mimo uszu kilka razy do roku. Jakby oczyszczeni w tym zachodzącym słońcu. Rude odpryski odbijają się od szyn i wplątują w jej włosy. Błysk w jego oku jak ogień.
Ich dwoje. Za chwilę przerwą tę świętą chwilę sięgając po piwo i przytulenie. On odgarnie włosy z jej twarzy – ojciec nigdy tego nie robił. Dotkną siebie nie uświadamiając sobie, że przez moment prawie że dotykali Boga na tej podłej stacyjce.
Potem ich ciała odejdą stąd. Z duszą na ramieniu. Za rok o tej samej porze nie będą nawet pamiętali tej chwili, a o sobie będą się starali zapomnieć. Nieskutecznie, bo wzajemne urazy na to nie pozwolą.
Tamtych dwoje. A przecież wtedy jeszcze wszystko wydawało się możliwe. Jeszcze. Wszystko. Nic z tego.
Sławomir Zatwardnicki
Tekst został wydrukowany we wrześniowo-październikowym numerze „Biblioteki Kaznodziejskiej”.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)