Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
76
BLOG

ŚMIERĆ NIE BYLE JAKA

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Kultura Obserwuj notkę 1

 

Mateusz przytomnie zauważył, że kiedy uczniowie donieśli Jezusowi o ścięciu Jana Chrzciciela – Ten „oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne, osobno” (Mt 14,13). I mimo, że nie zdążył usunąć się przed tłumami, które poszły za Nim, nie wolno przeoczyć tego faktu, że coś ważnego (acz tajemniczego) musiało się wtedy dokonywać w sercu Jezusa. Potrafił spać w czasie podróży łodzią, nawet w czasie burzy czy wiatru (por. Łk 8,22-25), potrafił więc pewnie chować w sercu i rozważać (jak Jego Matka – por. Łk 2,51) każde spotykające Go wydarzenie; także w czasie niepokoju, w jaki najwidoczniej wprawiły go – skoro chciał oddalić się w samotności – informacje o śmierci proroka.
Wiedział, że nie może umrzeć tak jak Jan. Prorok upominał Heroda nazywając jego grzech po imieniu, i to stało się przyczyną jego uwięzienia. Owszem, Jedzący Szarańczę przygotował ścieżki Panu i głosił chrzest nawrócenia, a jednak jego koniec wydaje się jakby przypadkowy, niezwiązany z misją, a przynajmniej inny od śmierci proroków zabijanych przez swoich, którzy nie chcieli ich słuchać (por. Mt 23,29-31). (A może jednak w jakimś sensie w tym właśnie tkwi zapowiedź śmierci Jezusa – podobnie absurdalnej? Zabiją Go co prawda Żydzi, ale też nie swoimi rękoma, i nie umrze jak prorok, a jak pospolity złoczyńca...).
Jezus podobnie jak Poprzednik też głosi prawdę i też z jej powodu zginie, a jednak chyba tylko pozornie umrze jak największy narodzony z niewiast (por. Łk 7,28), bo tak naprawdę poniesie śmierć dopiero wtedy, gdy Jego misja na ziemi będzie miała się ostatecznie – i paradoksalnie właśnie przez śmierć – wypełnić dokładnie według Bożego scenariusza. „Podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył»” (J 17,1) – właśnie teraz, nie wcześniej i nie później. Nie po to przyszedł na ziemię, żeby umrzeć byle jak, przypadkowo, przed nastaniem godziny, z powodu której przyszedł; ma umrzeć właśnie wtedy, kiedy nadejdzie godzina – wie o tym, i chyba dlatego oddala się słysząc wieści o końcu życia Jana – aby myśleć o własnej śmierci. Wie, że nie może sobie pozwolić na śmierć z rąk Heroda Antypasa, a przecież takie zagrożenie nie jest bezpodstawne, skoro ten podejrzewa, że Jezus to ścięty Jan Chrzciciel, który „powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze w nim działają” (Mt 14,1).
Wcześniej Jego opiekun uciekał do Egiptu, aby Dziecię nie zostało zgładzone (por. Mt 2,13-14) przez Heroda Wielkiego; teraz sam Jezus musi podejmować takie decyzje, żeby uniknąć przypadkowej śmierci z rąk jego syna. Ale nie chodzi tu tylko o Heroda, który mógłby Go zabić, chodzi również – i może przede wszystkim – o swoich, do których przyszedł, a którzy mają Go – tak przecież powiada Pismo – odrzucić; oni również nie mogą zabić go z byle powodu. Pismo musi się wypełnić, i dlatego właśnie trzeba z Pismem współpracować. Bo z jednej strony nie mogli podnieść na Niego ręki przed nastaniem godziny (por. Łk 22,53: „Gdy codziennie bywałem u was w świątyni, nie podnieśliście rąk na Mnie, lecz to jest wasza godzina i panowanie ciemności”), ale z drugiej strony to On odpowiadał za to, aby tej ręki nie podnieśli w nieodpowiednim momencie.
To dlatego, dopóki trzeba, nie pozwala aby Go zabito (Łk 4,28-30) i broni się przed niesprawiedliwym sądzeniem Go (np. za uzdrowienia w szabat; por.: Mk 3,1-6), a kiedy nie chcą słuchać tej obrony, usuwa się (por. Mt 12,9-15 – kiedy to faryzeusze naradzają się, w jaki sposób Go zgładzić, a On – werset 15. – oddala się stamtąd, gdy się o tym dowiaduje) i oddaje modlitwie (por. Łk 6,6-12). Bo do istoty należy tylko i wyłącznie to jedno – czy ten, który Go spotyka, uwierzy że jest On Bogiem, czy też odrzuci Go. Jezus nie pozwala, aby to odrzucenie nastąpiło z innego powodu niż ten jeden – zamknięcie się na to, że jest On prawdziwym Synem Bożym. Dopiero wtedy wypowie do uczniów zdanie: „Przyszła godzina, oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników” (Mk 14,41).
Nie należy się nabrać pozorom psychologicznym, które jawią się uszom słuchającym ewangelicznych opowiadań mówiących o zachowaniu się religijnej żydowskiej elity. Owszem, mnożą jej przedstawiciele podchwytliwe pytania, próbują złapać Rabbiego na kłamstwie czy łamaniu prawa, w końcu nawet powołują fałszywych świadków... ale tak naprawdę nie udaje im się uciec od tego zgorszenia, którym staje się On dla nich ostatecznie właśnie przez to, że nazywa się Synem Bożym. I w głębi czują, że właśnie na to pytanie – możliwe to czy nie? – będą musieli odpowiedzieć w sposób ostateczny. Mistrz z Nazaretu nie jest przecież niespełna rozumu, żeby można było machnąć na Niego i to, co mówi lub czyni, ręką. Nie, trzeba podjąć decyzję odrzucenia, a ponieważ On nie daje się łatwo odrzucić, trzeba będzie ponieść ostateczne konsekwencje Jego upartości (czytaj: własnej zatwardziałości) – wydać Go na śmierć.
Nie wytrzymuje sam najwyższy kapłan: „Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?” (Mt 26,63). Daje tym samym dowód na to, że nie da się pozostać obojętnym wobec prowokacji Jezusa Chrystusa. Nie można lekceważyć, trzeba więc będzie ukrzyżować! Pan milczy, kiedy składają o Nim fałszywe i niepoważne świadectwa, na których nie można oprzeć tak poważnej sprawy; już chyba wszyscy to czują, że wrogość przeciw Niemu sięga ostatecznego wyboru – niewiary w Jego tożsamość. Mesjasz pozwala na swoją śmierć, bo wie, że zrobił wszystko, aby nie umrzeć z innego powodu. Już dokonał tego podziału, który wcześniej zapowiedział: „Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd [z gr. „krisis” – podział], aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi” (J 9,39).
Sławomir Zatwardnicki
Tekst został wydrukowany w lipcowo-sierpniowym numerze „Biblioteki Kaznodziejskiej”

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura