Stoi: „Narodziny w życiu świeckich”, ale czytać trzeba by: „Rewolucja w życiu świeckich”, bo zmiana jest radykalna i pomimo dziewięciomiesięcznego, w gruncie rzeczy błogosławionego, czasu na przygotowanie się, spada na jednak nieprzygotowaną kobietę, a dzięki niej czy przez nią również na równie nieprzygotowanego mężczyznę. Bo każda kobieta wciąga mężczyznę w tę swoją tajemnicę jak Maryja wciągnęła Józefa, i podobnie jak Matka Boża każda przyszła matka człowieka musi bazować w tym wciąganiu mężczyzny w Boży plan nie na własnych siłach, ale na Bożej mocy.
Ten święty poczciwiec musiał przecież strasznie się zmagać, a przekonał go dopiero sen od Pana; tak i każdy mężczyzna nie w sposób naturalny pragnie uczestniczyć w wydarzeniu narodzin, ale przekonany prośbami żony i ścigany nadprzyrodzoną miłością do niej. A przecież najłatwiej byłoby mu uciec z tego Wzgórza Łona, podobnie jak zdezerterowali uczniowie Pana i nie weszli z Nim na Golgotę. Proszę nie posądzać autora niniejszego tekstu o jakąś pochopność w tworzeniu zbyt daleko idących metafor – nie przypadkiem nawiązuje on do wydarzenia ukrzyżowania, kiedy pisze o narodzinach; to wynik medytacji dokonywanej na klęczkach, w warunkach iście niepobożnych, bo na podłodze sali rodzenia, gdzieś w okolicy worka sako, z którego zaraz łapy położnej przeniosą umęczoną kobietę na porodowe łóżko, aby tam rozkrzyżować jej nogi. Dlatego nie należy się dziwić, że ten bohater, który mdleje na widok krwi, mężczyzna, sam się sobie dziwi, jaka to siła utrzymuje go jeszcze w tym miejscu. Nie nadużyjemy słów, jeśli mu dopowiemy: siła łaski, drogi mężczyzno.
Tajemnica
Jeśli żonę ma niewierzącą, niech nie słucha narzekania i prawdopodobnych w tym miejscu przekleństw (ściany sali porodowej milczą). Jeśli jednak żona mężczyzny jest wierząca, usłyszy on coś, co wstrząśnie jego duszą do głębi. Oto wzorem ogołoconego Pana, pozbawionego obecności miłującego Ojca i wznoszącego swój głos w niebiosa („Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” – Mt 27,46), zakrzyczy rodząca niewiasta gdzieś w stronę szpitalnego sufitu, a przecież daleko poza niego: „Jeeezu, ratuj!”, wzbudzając tym samym konsternację w oczach niewierzącej (tak, tak – cud narodzin wcale nie pogłębia jej wiary) położnej, i dając zwykle niewrażliwemu mężowi łaskę empatii, dzięki której jest on w stanie zajrzeć za zasłonę tej tajemnicy, którą przeżywa w tej chwili bezlitośnie doświadczana przez Pana jego żona (właśnie ordynator szpitala oprowadza kobietę w początkowym stadium tajemnicy i wskazując placem na łóżko porodowe oznajmia: „W tym miejscu następuje ostateczne wydalanie płodu”), doświadczana tak bardzo, że mężczyzna musi uważać, aby nie została mu zabrana ta wiara, którą wcześniej miał (por. Łk 8,18: „Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma.”).
Obcując z tajemnicą, nie należy spieszyć się z jej wyjaśnianiem; obcując z tak brzemienną w ból i długotrwałe skutki (dziecko, które za chwilę się urodzi, nie płód) tajemnicą, nie wolno osobom postronnym, które bólu tego nie przeżywają, a skutków doświadczą tylko pośrednio, profanować tajemnicy wyciąganiem pochopnych wniosków. Nie wolno będzie ani kapłanom, ani nawet mężczyźnie obecnemu przy porodzie odezwać się, dopóki kobieta sama na nowo nie zaufa Panu, a On sam nie wytłumaczy jej sensu całego wydarzenia, szepcząc do niej czule w jej sercu. „Nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie ukochanej, póki nie zechce sama” (PnP 2,7b). Nie straszcie jej grzechem, który spowodował tak wielki ból, dopóki sama nie zechce spojrzeć na krzyż, aby zrozumieć wagę odrzucenia Boga przez człowieka, i dopóki nie przejmie się łaską dopełniania braków udręk Chrystusa (por. Kol 1,24). W przeciwnym razie byłby taki tłumacz-profanator Bożych tajemnic jak szyderca, który patrząc na Ukrzyżowanego, tłumaczyłby Mu dlaczego spotkało Go to, co spotkało. Tak więc wszystko, na co pozwalamy sobie poniżej, obowiązuje tylko w stosunku do nie-pierwiastek (pierwiastką w języku położniczym zwie się kobietę, która rodzi pierwszy raz), tych, które już oswoiły się z Panem i myślą o tym, co przeszły; tych, które słów Boga: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci” (Rdz 3,16) nie traktują już jako złowieszczej groźby, ale słyszą w niej obietnicę powołania, na które mają przywilej odpowiedzieć.
Kapłanka
Pismo Święte odsłania przed czytelnikiem Boże tajemnice, a zarazem samo życie, jeśli tylko przeżywane jest w wierze, rzuca nowe światło na rozumienie Słowa Bożego. Perykopa: „Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci; [będą zbawione wszystkie]” wskazuje na olbrzymie powołanie kobiety – fakt rodzenia przez nią dzieci ma związek z jej i innych kobiet zbawieniem, a doświadczenie tego faktu – rzuca światło na zrozumienie sensu biblijnego wersetu: nie chodzi o samo rodzenie, ale o jakieś współuczestnictwo w zbawczej ofierze Chrystusa. A skoro „zbawione będą wszystkie”, a więc także te, które nie rodziły, znaczy to, że ofiara rodzącej kobiety zostaje przyjęta przez Boga także w intencji zbawienia tych, które nie przyjęły swojego powołania (albo nie mogły go zrealizować – byłoby to „rodzenie w pragnieniu”, na modłę „chrztu pragnienia”) – analogicznie do sytuacji tych, którzy nie poznali Chrystusa, ale mogą być zbawieni, wszak nie sami z siebie, a właśnie przez ofiarę Chrystusa. Widać więc, że kobiety uczestniczą w ten sposób w Jego urzędzie: „Zbawczą misję Kościoła w świecie realizują nie tylko ci, którzy czynią to na mocy święceń, ale także wszyscy świeccy, którzy na mocy Chrztu i specyficznego powołania uczestniczą — każdy w sobie właściwym stopniu — w kapłańskim, prorockim i królewskim urzędzie Chrystusa (Jan Paweł II, „Christifideles Laici”, 23).
Idźmy dalej, śmiało odczytując kolejne fragmenty biblijne w podobnym duchu. Zauważmy, że Łukaszowe opowiadanie o śmierci Jezusa opisuje również doświadczenie śmierci rodzącej kobiety: „Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha” (Łk 23,44-46). Oczywiście cierpienie kobiety (słońce zaćmione przez kilka godzin, rozdzierająca się zasłona) nie musi prowadzić do śmierci fizycznej, choć i to się zdarzyć może (vide przypadek świętej Joasi Beretty Molla wołającej w agonii: „Jezu, kocham Cię! Jezu, kocham Cię!”), zawsze jednak jest umieraniem dla samej siebie, stanowiącym nie tylko doskonałe wypełnienie kierowanego do uczniów (przepraszam: uczennic) urgensu Mistrza (Mt 16,24-25: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. Por. również: Mt 10,38-39; Mk 8,34n; Łk 9,23nn), ale i będącym ofiarą składaną Bogu dla zbawienia świata – bo przez „dobrowolne przyjmowanie trudów oraz utrapień, przez które upodabniają się do cierpiącego Chrystusa (2 Kor 4,10; Kol 1,24), mogą dotrzeć do wszystkich ludzi i przyczynić się do zbawienia całego świata” (Apostolicam Actuositatem, 16).
W świetle takiej interpretacji należałoby skierować Pawłowe wezwanie nie tyle do braci, co do kobiet właśnie – bo to one w dosłownym sensie składają swoje ciało w ofierze: „A zatem proszę was, siostry, przez miłosierdzie Boże, abyście dały ciało swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej” (por. Rz 12,1). Jest to oczywiście apel zwrócony do kobiet, które już rodziły (przypominam wcześniejsze założenie, że w stronę pierwiastek nie snujemy żadnych pobożnych rozważań) – a więc apel o to, co papież Paweł VI nazwał „odpowiedzialnym rodzicielstwem” i „wielkodusznością”: „...należy uznać, że ci małżonkowie realizują odpowiedzialne rodzicielstwo, którzy kierując się roztropnym namysłem i wielkodusznością, decydują się na przyjęcie liczniejszego potomstwa, albo też, dla ważnych przyczyn i przy poszanowaniu nakazów moralnych, postanawiają okresowo lub nawet na czas nieograniczony, unikać zrodzenia dalszego dziecka” („Humanae Vitae”, 10). Tak więc ofiara kobiety, która decyduje się po raz drugi złożyć swoje ciało na ołtarzu sali porodowej, jest ofiarą jak najbardziej rozumną, ale i wynikającą z wielkodusznej odpowiedzi na miłość samego Boga.
Sławomir Zatwardnicki
Jest to fragment tekstu, który ukazał się wstyczniowo-lutowym wydaniu „Biblioteki Kaznodziejskiej” w Dziale: „Wiadomości ze świata świeckich”.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)