Prorokini
Jako się wyżej rzekło, Słowo Boże i życie wiarą wzajemnie się przenikają i uzupełniają, bo też jeden i ten sam Duch Święty działa i tu (życie), i tam (Pismo Święte), i teraz (życie), i wtedy (czas działania opisany w Słowie Bożym). Z jednej strony Pismo święte zawiera wszystko, co Bóg zechciał objawić, ponieważ było dla nas konieczne do zbawienia: „...księgi tak Starego, jak Nowego Testamentu (...) Boga mają za autora i jako takie zostały Kościołowi przekazane. Do sporządzenia Ksiąg świętych wybrał Bóg ludzi, którymi jako używającymi własnych zdolności i sił posłużył się, aby przy Jego działaniu w nich i przez nich, jako prawdziwi autorowie przekazali na piśmie to wszystko i tylko to, co On chciał. Ponieważ więc wszystko, co twierdzą autorowie natchnieni, czyli hagiografowie, winno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że Księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo św. utrwalona dla naszego zbawienia” („Dei Verbum”, 11). Z drugiej zaś strony nie wszystko to, co zostało nam przekazane, jest objawione w sposób pełny, ponieważ Bóg posłużył się ludźmi „używającymi własnych zdolności”, a więc – można by dopowiedzieć – nie używającymi tych zdolności, których nie posiadali. A skoro tak, można by odczytywać Słowo Boże w nowy sposób w tych miejscach, w których doświadczenie życia wiary pozwala rzucić światło zrozumienia na fragmenty zawierające co prawda wszystko, co do zbawienia jest konieczne, ale nie zawierające przecież całości jako takiej, bo taką poznamy dopiero w niebie,hic et nunc „widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany” (1Kor 13,12).
W zwierciadle tym widać pewne rzeczy niejasno, ale jednak coś tam widać. Pewne szczegóły, niekonieczne dla sprawy zbawienia, ale przecież nie bez znaczenia dla życia duchowego człowieka, możemy starać się wypatrzeć w tym zwierciadle. A im większe doświadczenie w życiu wiary, tym szczegóły zdają się być mniej niejasne i poznawać je można „po części”. Zachęcony odkrywaniem tajemnicy odbitej w lustrze, chciałbym spojrzeć na wydarzenia związane z przyjściem Pana, którego zapowiedź – jak zaraz się okaże – zostać może dopowiedziana właśnie przez doświadczenie urodzenia dziecka (tym samym okres ciąży i narodzin dziecka pełni funkcję proroczą). Takiego właśnie porównania – Dnia Pańskiego do bólów spadających niespodziewanie na brzemienną – dokonał autor listu do Tesaloniczan (por. 1Tes 5,3). Rzeczywiście, życie pokazuje, że wyczekiwany moment przyjścia na świat dziecka, i spodziewane bóle związane z jego urodzeniem – kiedy przychodzą, uderzają niespodziewanie na brzemienną (i wciągniętego przez nią, a nie chronionego, naturalnie czy nadprzyrodzenie, wydzielającymi się hormonami związanymi z okresem porodu, mężczyznę).
„Nie potrzeba wam, bracia, pisać o czasach i chwilach. Sami bowiem dokładnie wiecie, że dzień Pański przyjdzie tak, jak złodziej w nocy. Kiedy bowiem będą mówić: «Pokój i bezpieczeństwo» – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie ujdą. Ale wy, bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej. Wszyscy wy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia. Nie jesteśmy synami nocy ani ciemności. Nie śpijmy przeto jak inni, ale czuwajmy i bądźmy trzeźwi!” (1Tes 5,1-6). Wynika z tego, że nie jest tak łatwo nie uśpić swojej czujności, skoro brzemienna daje się zaskoczyć swoim bólom. Więcej nawet – skoro bóle te zawsze wydają się niespodziewane (doświadczenie rodzących), choć przecież ich przyjście było pewne, nie ma możliwości, aby człowiek sam o własnych silach wytrwał do czasu spotkania z Panem (w Jego przyjściu czy też po swojej śmierci)! I to pomimo tego, że wie o tym, że dzień ten musi przyjść. A więc chodzenie w światłości i trzeźwości wymaga nadprzyrodzonej łaski. Jeśli Pan nie ma się stać dla nas złodziejem, musi w nas znaleźć swoją własność, kiedy przyjdzie – a jest nią właśnie Jego łaska w nas, brzemiennych przyszłym dniem spotkania z Nim i rozwiązania, które wtedy nastąpi.
Zwierciadło
Z Kolei ewangelista Jan – nieświadomie przecież, bo bez doświadczeń związanych z porodem – pokazuje jeszcze jedną prawdę. Oto Janowy Jezus mówi: „Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat. Także i wy teraz doznajecie smutku. Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16,21-22). Natomiast Jezus Rodzących (przypominam i uspokajam, że chodzi o tego samego Jezusa) musiałby powiedzieć, że owszem, jednak kobieta pamięta o bólu, czasem nawet tak bardzo pamięta, że kolejnej radości z narodzenia kolejnego dziecka nie chce już planować. Nie są to wypowiedzi sprzeczne, Jan po prostu zawęził cały poporodowy okres do minimum i wyszło mu, że najpierw jest smutek, a potem radość. Życie pokazuje jednak, że w większości przypadków pomiędzy tymi dwoma stanami są jeszcze zaburzenia poporodowe, a nierzadko i depresja. (Na usprawiedliwienie Jana należy dodać, że nie był on lekarzem. Ciekawe jednak, że ewangelista Łukasz, który był lekarzem (por. Kol 4,14), nie pogłębił tego tematu, chociaż – jak sam się chwali – swoje opowiadanie starał się ułożyć w oparciu o dokładne zbadanie wszystkiego (por. Łk 1,1-4); widać nie był jednak lekarzem-położnikiem, a swoją wiedzę o narodzinach oparł pewnie na relacji Maryi (jako jedyny ewangelista kronikuje fakt narodzenia Jezusa), a Ta – jako osoba święta – macierzyństwo swoje przeżywała pewnie jednak inaczej niż inne kobiety (proszę pasterzy Kościoła, aby nie szafowali zbyt szybko informacjami o dziewiczym macierzyństwie Matki Boga – to może być zbyt trudne do przyjęcia przez osamotnione w swym bólu matki ludzi)).
Ad rem: zastanawiamy się nad tym, jak rzeczywiście będzie wyglądało spotkanie z Panem, które On sam raczył porównać z narodzinami, a czas bezpośrednio poprzedzający to spotkanie zestawił z nadejściem godziny rodzenia; zastanawianiu naszemu towarzyszy wiedza o zaburzeniach poporodowych. Względnie łagodna forma wahliwości nastrojów, związana z płaczliwością i drażliwością utrzymującą się kilka godzin czy dni, zwie się poetycko: „Baby blues”; doświadcza tego bluesa większość rodzących kobiet. Zdarzają się jednak poważniejsze objawy: zaburzenia nerwicowe czy depresja mogąca wyrazić się poczuciem winy, niepokojem lub paniką, a nawet przemocą wobec dziecka lub samego siebie (zamiary samobójcze). Kobietę nie cieszy wtedy nic i wbrew wypowiedzi Pana Jezusa nie raduje się ona narodzeniem dziecka.
Bardzo być może, że Dniowi Pańskiemu będzie towarzyszyć podobne doświadczenie: tak głębokie przeżycie własnej niemocy i cierpienia z powodu powagi grzechu, a także bólu związanego z rodzeniem się do życia niebieskiego, że w połączeniu z radością własnego narodzenia się do życia wiecznego z Panem, na którego się oczekiwało tak długo (towarzyszyć temu może przeżycie tej „długości” w całej „szerokości: i „wysokości” ducha), skutkować taka mieszanka będzie właśnie wybuchem „emocji” ducha, a może nawet jakąś formą depresji? Kto wie, czy nie jest to dobry trop prowadzący nas do czyśćca – być może to jest właśnie ten stan depresji poporodowej: wiem, że jestem zbawiony, ale jeszcze nie mogę się tym radować w pełni. A może nawet – drżę w poczuciu popełnienia jakiegoś teologicznegofaux pas – w tym czasie pojawiają się silne pokusy przemocy względem samego siebie, a więc pokusy odrzucenia Bożego zbawienia? W każdym razie wydaje się, że wtedy nie będzie jeszcze można zapomnieć o bólach porodowych, pomimo tego, że spełnienie obietnicy Jezusa jest już tuż-tuż – gdy tylko człowiek narodzi się na tamten niebieski świat, zapomni o bólu (por. J 16,21-22) lub też może spojrzy na niego w inny sposób; proszę przeczytać poniższą anegdotkę znalezioną w sieci:
„«Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat» – powiedział Jezus. «A ja pamiętam bóle porodowe» – zaprotestowała pewna kobieta, słysząc ten fragment Ewangelii według świętego Jana odczytywany podczas spotkania formacyjnego. Ksiądz prowadzący spotkanie zrobił głupią minę i bezradnie zamilkł. Nie czuł się kompetentny w kwestii bólów rodzenia i ich zapamiętywania lub nie. Widząc jego zakłopotanie kilka innych kobiet roześmiało się. «Nie, nie, Pan Jezus nie kłamie» – wyciągnęła pomocną dłoń do duszpasterza jedna z nich. «Bo pamięć pamięci nie równa. Inaczej się pamięta ból z powodu choroby, a inaczej ból rodzenia. Może mi ksiądz wierzyć»” (ks. A.Stopka, za stroną: www.stukam.pl).
Mignięcie
Spojrzenie świeckiego oka w zwierciadło może jeśli nie przynieść nowe zrozumienie teologiczne, to stanowić dobrą pożywkę dla pobożnych poruszeń w duszy. Jest to jakieś mignięcie tajemnicy, nie jej ostateczne wyjaśnienie; mignięcie, którego nie zauważylibyśmy, gdyby nie życie świeckich przeżywane z wiarą, i które wymaga oczywiście rozeznania, ale wcześniej – przyjęcia z należytą powagą oraz wielkodusznego wsłuchiwania się w głos Ducha Świętego „wiejącego tam, gdzie chce” (por. J 3,8) – zarówno na kartach Pisma, jak i przez życie wierzących. W ten sposób wypełnione zostanie to, co spontanicznie i nie do końca uświadamiając sobie sens swoich słów wyraziła kobieta z powyżej przytoczonej anegdotki: „Może mi ksiądz wierzyć”, a co odpowiada dokładnie zaleceniu soborowej konstytucji: pasterze „wsparci doświadczeniem świeckich, mogą zdobyć celniejszy i odpowiedniejszy sąd zarówno w sprawach duchowych, jak i doczesnych, tak aby cały Kościół, umocniony przez wszystkie swoje członki, skuteczniej pełnił swe posłannictwo dla życia świata” („Lumen Gentium”, 37).
A przed wielką tajemnicą powołania kobiety do rodzenia dzieci należy pochylić się z głębokim szacunkiem. I nie tylko przed tajemnicą powołania, ale i kobietą, która je przyjmuje. A kto chce, może również zrobić to w stosunku do mężczyzny, który zapędzony pragnieniem kobiety i łaską Boga, bohatersko współcierpiał razem z żoną („...małżonkowie chrześcijańscy na mocy sakramentu małżeństwa, przez który wyrażają tajemnicę jedności i płodnej miłości pomiędzy Chrystusem i Kościołem oraz w niej uczestniczą (por. Ef 5,32), wspomagają się wzajemnie we współżyciu małżeńskim oraz rodzeniu i wychowywaniu potomstwa dla zdobycia świętości, a tak we właściwym sobie stanie i porządku życia mają własny dar wśród Ludu Bożego (por. 1 Kor 7,7)” – „Lumen Gentium”, 11), i nawet nie zemdlał; zrobi to przy następnym pobieraniu krwi (à propos, czy księża również tracą przytomność w takich momentach?). A potem pozostanie już tylko przytulić ten rozkrzyczany cud (chodzi o dziecko, nie o płód – dopisek dla pana ordynatora) – przyszłego świeckiego lub duchownego, który się właśnie narodził; i uradować, zapominając o bólu lub inaczej go pamiętając.
Sławomir Zatwardnicki
Jest to fragment tekstu, który ukazał się wstyczniowo-lutowym wydaniu „Biblioteki Kaznodziejskiej” w Dziale: „Wiadomości ze świata świeckich”.



Komentarze
Pokaż komentarze