Tara Winstead, pexels.com
Tara Winstead, pexels.com
Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
74
BLOG

Gałkiewicz czyta encyklikę Leona XIV

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Społeczeństwo Obserwuj notkę 7
Zgodnie z gombrowiczowską konwencją powiedzmy, że Leon XIV nie mógł nie wpisać się w formę encykliki społecznej ze wszystkimi jej zaletami i wadami, a w takim razie czytelnik może się poczuć wtłoczony w Gałkiewicza, któremu perswaduje się (parafrazuję): „Papieska encyklika, będąc papieską i będąc encykliką, nie może nie zachwycać, a zatem zachwyca”. Co ma poradzić Gałkiewicz? Co mamy poradzić Gałkiewiczowi, którego nie zachwyca?

„Ja osobiście jestem nią po prostu zachwycony” – wyznaje o. prof. Jacek Salij w felietonie Antyrzymski resentyment poświęconym tyleż samej encyklice papieża Leona XIV, co jej krytykom. Teolog określa Magnifica humanitas [dalej: MH] mianem „wspaniałej”, „naprawdę świetnej” encykliki. Zachęca do przeczytania przynajmniej pierwszego rozdziału, bo wtedy, jak uznaje, „do sięgnięcia do rozdziałów następnych […] już nikt nie będzie nas musiał zachęcać”.

Pomimo licznych zalet, w tym obecnej w encyklice (społecznej!) nienarzucającej się, ale odważnej teologicznej perspektywy, której w wystarczającym stopniu nie doczytał nawet tak uważny interpretator jak Jan Maciejewski, ma przecież encyklika, jak każde ludzkie dzieło, swoje słabości. Ojciec Salij w swoim publicystycznym tekście nieco „na kredyt” przypina łatkę „antyrzymskiego resentymentu” wszystkim niewymienionym z imienia i nazwiska krytykom papieskiej encykliki. 

Słuszne ale niezniuansowane podkreślenie „religijnego posłuszeństwa” ma ten skutek uboczny, że wszystkim niezachwyconym encykliką przyprawia się chcąc nie chcąc, mówiąc Gombrowiczem, „gębę”. I, jak to u autora Ferdydurke, raz uruchomiona maszyna formy nie może się już zatrzymać. Zgodnie zatem z gombrowiczowską konwencją powiedzmy, że Leon XIV nie mógł nie wpisać się w formę encykliki społecznej ze wszystkimi jej zaletami i wadami, a jej czytelnik nie może nie poczuć się wtłoczony w Gałkiewicza, któremu perswaduje się (parafrazuję): „Papieska encyklika, będąc papieską i będąc encykliką, nie może nie zachwycać, a zatem zachwyca”. 

Co ma poradzić Gałkiewicz, którego nie zachwyca, i to tak bardzo nie zachwyca, że aż wyrywa mu się, i to już przy pierwszym rozdziale: „A ja nie mogę. I nikt nie może. O Boże!”. Musi wejść w rolę reprezentanta tych, co to „nie mogą, o Boże”. Nasz wyimaginowany Gałkiewicz chciałby zachować „zbożną uległość woli i rozumu” (Lumen gentium 25) Biskupowi Rzymskiemu, a jednocześnie zadać swoje-nie swoje pytania, które mu się nasuwają. Wcześniej jednak zapewnia o. Salija, który w tym czasie był już zniknął z pola widzenia, że nie jest jego celem dzielenie włosa w nieskończoność, bo łyso byłoby mu z nieposłuszeństwem.

1. Czy katolik winien wsłuchiwać się z wiarą w to, co zostało powiedziane w encyklice papieskiej, czy też wolno mu przyjąć również (raczej?) to, co nie zostało wypowiedziane, a co mogłoby być tam napisane? – rozpoczyna Gałkiewicz. A może odwrotnie – to, co nie zostało napisane, winno zostać „domyślane” i odrzucone jako niekatolickie? Czy na przykład „religijne posłuszeństwo” obejmuje także ten zakładany w stosunku Kościoła do świata i ludzkości optymizm, który znaczy dokumenty Soboru Watykańskiego II, zwłaszcza konstytucji Gaudium et spes, i który wciąż charakteryzuje posoborowe wypowiedzi Kościoła? Bo przecież, pomimo słusznie indentyfikowanych przez Leona XIV zagrożeń, z encykliki wynikałoby, że jest możliwa zbawienna współpraca wszystkich ze wszystkimi. (Gdyby wszyscy zbierali po sobie śmieci – ironizuje Gałkiewicz, ale tylko w myśli – nie potrzeba by osób sprzątających). Czy wolno katolikowi nie zachwycać się tym optymizmem i wziąć „w obronę” pesymizm, zwłaszcza jeśli narzuca się on na podstawie dotychczasowej historii oddziaływania technologii na człowieka i dotychczasowej polityki „władców technologicznych” względem ludzi?

2. Gałkiewicz tak się zagalopował, że optymizm soborowy po soborze zdaje mu się wciąż potęgować lub być potęgowanym. Staje się w jego odbiorze „optymizmem do kwadratu”, propagowanym przez katolików „nawróconych na świat” (określenie Hansa Ursa von Balthasara). A zatem ten biegun, który, słusznie czy nie, nie został wyakcentowany na Soborze, pozostaje w „cieniu do kwadratu” – myśli sobie nasz nieborak i drąży dalej. Czy wychylenie wahadła w jedną stronę nie powoduje, że musi ono prędzej czy później wychylić się w drugą? Być może właśnie to, a nie „antyrzymski resentyment”, tłumaczy radykalizujące się tendencje wśród katolików, którzy nie wytrzymują tej jednostronności? Gałkiewicz odczuwa nagłą potrzebę empatii z tymi biedakami, co to chcieliby nawracać świat, a każe im się ze światem dialogować. Może przeoczył nie nazbyt śmiałe, ale wyrażone przez Leona XIV przekonanie: „Nie interpretujemy teraźniejszości jako zamkniętego przeznaczenia, lecz jako przestrzeń otwartą na nawrócenie osobiste i wspólnotowe” (MH 210).

3. Czy niedookreślona formuła „autonomia rzeczywistości ziemskich”, użyta w dokumencie nie dogmatycznym, ale duszpasterskim (Gaudium et spes), sama w sobie podlega krytyce? A jeśli nie, to czy Gałkiewiczowi wolno włączyć się w spór o jej interpretację? Czy Gałkiewicz jako obywatel Kościoła, który, by użyć metafory o. Jacka Salija, nie chce być jedynie pchłą-turystką, która oblazła rzeźbę Michała Anioła, wolno nie zgodzić się z Leonem XIV, gdy twierdzi on, iż przywołana zasada została wyrażona „ze szczególną precyzją” w konstytucji soborowej (MH 20)? Albo czy przynajmniej wolno się zdziwić Gałkiewiczowi, że papież nie cytuje całego numeru Gaudium et spes, urywa ważną zdaniem Gałkiewicza część, a tym samym ryzykuje utratę pełnej soborowej perspektywy?

Pisze bowiem Leon XIV: „Jeżeli przez autonomię rzeczywistości ziemskich rozumiemy to, że rzeczy stworzone i same społeczeństwa cieszą się własnymi prawami i wartościami (…), wówczas rzeczywiście godzi się jej domagać” (MH 20; cyt. za Gaudium et spes 36). Nie cytuje za to passusu pochodzącego z tego samego numeru konstytucji: „Jeżeli jednak przez słowa «autonomia rzeczy doczesnych» rozumie się to, że rzeczy stworzone nie zależą od Boga i że człowiek może z nich korzystać bez odniesienia do Stwórcy, każdy, kto uznaje Boga, czuje, jak fałszywe są tego rodzaju stwierdzenie. Stworzenie bowiem bez Stwórcy ginie. […] Co więcej, poprzez zapomnienie o Bogu samo stworzenie staje się niezrozumiałe”.

A przecież szkopuł właśnie w tym rozróżnieniu a zarazem nierozdzieleniu jednego od drugiego; sęk w tym, że nie ma chirurga, który precyzyjnie wyznaczyłby, na czym polega nieabsolutna autonomia; pozostaje zagwozdka, jak należy interpretować autonomię ziemskich rzeczywistości i co to ma oznaczać w praktyce! W kolejnym numerze Gaudium et spes jest mowa o działaniu ludzkim zepsutym przez grzech, o walce przeciwko mocom ciemności, pysze i nieumiarkowanej miłości własnej (nr 37). Do tego numeru nie odwołuje się papież, choć, przyznaje Gałkiewicz, pisze on jednak o pokusie pychy i miłości własnej.

4. Kołata w Gałkiewicza głowie, że na mankamenty soborowych wypowiedzi zwracał uwagę nie kto inny jak przyszły papież Benedykt XVI. Dał nam przykład Ratzinger, jak krytykować mamy? Jako teolog twierdził bez ogródek Ratzinger: „musimy być na tyle krytyczni, żeby przyznać, iż naiwny optymizm Soboru i przecenianie własnych możliwości przez jego zwolenników i propagandystów w zastraszający sposób usprawiedliwiają mroczne diagnozy starożytnych mężów Kościoła, dotyczące zagrożeń związanych z soborami”. O Gaudium et spes pisał bawarski teolog, że „tekst, a bardziej jeszcze obrady, w toku których powstawał, tchną zdumiewającym optymizmem. Jeśli ludzkość i Kościół będę ze sobą współpracować, wszystko wydaje się możliwe. Postawę krytycznej rezerwy wobec sił nadających kształt epoce nowożytnej miało zastąpić zdecydowane włączenie się w ich dynamizm”. Nawet w najlepszym i jego zdaniem najdojrzalszym teologicznie dokumencie – konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym – powiada się o zbawieniu, ale milczy o gniewie Bożym, co Ratzinger komentuje następująco: „pastoralny optymizm czasów ukierunkowanych na zrozumienie i pojednanie zdaje się tutaj nieco przesłaniać widok na pewną istotną część biblijnego świadectwa”.

5. Czy wolno Gałkiewiczowi nie zachwycać się takim a nie innym rozłożeniem akcentów w papieskiej encyklice? Czy też asystencja Ducha Świętego obejmuje również ten nacisk kładziony w tym a nie innym miejscu przez następcę Piotra? Tam, gdzie Pontifex przerzuca mosty, zakładając, że jest możliwy dialog z każdym, wolno Gałkiewiczowi pozostać na brzegu i zachować dystans? Można wzywać do nawrócenia zamiast prowadzenia dialogu ze światem? Czy dozwolone będzie katolikowi z tych zagrożeń, które przytomnie wyszczególnia w kontekście sztucznej inteligencji Leon XIV, wyciągnąć radykalne wnioski, których papież nie wyprowadza: że nie sposób uniknąć tragedii? Czy także w takim przypadku Gałkiewicz zasłuży na reprymendę polskiego dominikanina i zostanie nazwany „niezmiennie i od dawna mądrzejszym od kolejnych papieży”?

Co ma zrobić Gałkiewicz, że czuje się postawiony pod ścianą? „Wynalazcy” sztucznej inteligencji, którzy nie pytawszy go o zdanie wyhodowali to „coś” i sprzedają mu jako „kogoś” (świadomość sztucznej inteligencji), teraz mieliby przysłuchiwać się jego zdaniu, albo, tym bardziej, usłyszeć od niego, że sobie nie życzy? Przypuszcza Gałkiewicz, że wątpi w dobre intencje tych, których marzeniem jest potęga nad całą ludzkością. Czy ci, którzy „pierwszy milion” ukradli (środowisko, dane itd.), teraz mieliby zastanawiać się nad realizacją zasady dobra wspólnego czy powszechnego przeznaczenia dóbr? I w końcu – nie miarkuje się Gałkiewicz w swojej krytyce, nie miarkuje – czy trzeba włączać się w to, co z góry skazane jest na porażkę, bo na fundamencie wieży Babel nie powstanie mur jerozolimski?! O, sam papież przyznaje, że „nasze budowanie musi mieć dziś jako fundament relację z Bogiem” (MH 236).

6. Gałkiewicz czytał co nieco, nawet za dużo, z pewnością ponad swoje siły. Z motyką na słońce porwał się nawet na „aspergerowo” gęsty wykład Johna Milbanka opublikowany na stronie Teologii politycznej, na której stałym gościem jest o. Jacek Salij. Wyczytał w „Lewicowym integralizmie”, że Milbank przestrzega katolicką naukę społeczną przed kompromisem z demokracją liberalną, która z założenia odrzucając politykę cnoty (tej zaś wymaga chrześcijaństwo) nie jest w istocie „neutralna” i niejako wymusza na obywatelach amoralne czy wręcz sprzeczne z chrześcijaństwem postępowanie. Więcej doktryny teologicznej w KNS, do tego przekonuje Milbank, kładąc akcent na ekonomię daru i prymat miłości. Przede wszystkim jednak reprezentant ruchu radykalnej ortodoksji (radical orthodoxy) śledzi wszelkie przejawy neoscholastycznego modelu „czystej natury”, jakie dają o sobie znać w „prawicowych” ujęciach relacji Kościół a państwo/społeczeństwo.

Być może co wolno anglikaninowi, tego nie wolno katolikowi – ale czy Gałkiewicz zapytany nie może nie stać się Gałkiewiczem odpowiadającym na taką ocenę formułowaną z zewnątrz? Czy wyrażając swoje wątpliwości zostanie włączony w poczet tych, którzy, jak pisał o. Salij, w imię ekumenizmu „podgryzają samą zasadę prymatu Piotra w Kościele”? Mimo wszystko wątpi Gałkiewicz, czy relacja między naturą i łaską, której misteryjnego splatania się w samej teologii nie dało się „rozpisać” satysfakcjonująco, teraz miałaby być precyzyjnie zinterpretowana z perspektywy, na którą wskazuje posoborowe rozumienie „autonomii rzeczywistości ziemskich”. 

Czy uznając tę zasadę, ciągnie niepokorny Gałkiewicz, nie wracamy pośrednio do porzuconego przez teologię „piętrowego” rozumienia relacji łaski do natury? Skoro uznaje się, że można mieszkać w domu parterowym (natura, autonomia), czy nie zamyka się ludzkości w mniemaniu, że piętro jest tylko niekoniecznym dodatkiem, zarezerwowanym dla chrześcijan jako turystów w obecnym świecie? Można zatem żyć zgodnie z naturą bez łaski, być człowiekiem nie będąc przebóstwionym? – zapytuje Gałkiewicz mając w pamięci, że „misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” (Gaudium et spes 22). A co powiedzieć o człowieku chcącym wyjaśnić samego siebie w misterium technologicznego „ubóstwienia”? – wyrywa się Gałkiewiczowi, gdy czyta nr 126 encykliki: „Wiara chrześcijańska odpowiada, wskazując na spełnienie, które nie wypływa z technologicznego ubóstwienia człowieka, lecz z przebóstwienia dokonywanego przez łaskę Bożą otrzymaną w Chrystusie”.

***

Gałkiewicz jako bohater gombrowiczowski zdaje sobie sprawę, że wszystkie te pytania wypowiada nie w swoim imieniu, że cisną mu się na usta wątpliwości innych, których nie zachwyciła pierwsza encyklika Leona XIV. Chciałby przerwać, bo za tymi głosami idą kolejne, krytyczne już nie tylko względem encykliki, ale również samego Vaticanum Secundum, i Gałkiewiczowi robi się coraz bardziej łyso. Gładząc niepokorne włosy zastanawia się, czy Kościołowi nie przydałby się jakiś „katolicki Gombrowicz”, tak żeby krytyka nie musiała przychodzić z zewnątrz, i żeby sam Gałkiewicz nie znalazł się na zewnętrz jako niewystarczająco wierny syn Kościoła. Zostawmy go z tym pytaniem, przynajmniej dopóki nie uzyska odpowiedzi na pytania poprzednie. A czy uzyskać może, czy wolno mu było w ogóle pytać? – chciałbym dać mu przynajmniej na to odpowiedź, ale właśnie zniknął mi z pola widzenia.


Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz ponad dwudziestu książek; ostatnio wydał: Apostolski Kościół a Pismo apostolskie

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo