Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
88
BLOG

Mój mały Wielki Post

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Kultura Obserwuj notkę 0

 

Post zwany jest Wielkim, cóż jednak zrobić, jeśli w przeżywaniu go przez niżej podpisanego na wielki nie wygląda? O, tyci taki, zaledwie pościk jakiś, niegodny zwania postem nawet. A jednak rozrywanie serca, do którego wzywają prorocy, a za nimi Kościół w czasie Wielkiego Postu, trwa u mnie już ładnych kilka lat.



Postawiono trójcę pytań: „Czym jest dla mnie Wielki Post?”, „Jak go przeżywam?”, „Jakie są moje postanowienia na ten okres?”.Trzeba by odpowiedzieć szczerze. Jakże jednak to zrobić, żeby pobożnego czytelnika nie zgorszyć, a Redakcję nie kusić do użycia cenzorskich „nożyc”?

Post zwany jest Wielkim, cóż jednak zrobić, jeśli w przeżywaniu go przez niżej podpisanego na wielki nie wygląda? O, tyci taki, zaledwie pościk jakiś, niegodny zwania postem nawet. Jeśli więc opisuję go, dlatego tylko to robię, że za plecami swoimi czuję Jego oddech. „A wydaje się, że i ja mam Ducha Pańskiego”.

Tak się bowiem składa, że rozrywanie serca, do którego wzywają prorocy, a za nimi Kościół w czasie Wielkiego Postu, trwa u mnie już ładnych kilka lat. A że nie jestem ani na tyle mocny, żeby do tego rozrywania dołożyć coś więcej, ani na tyle pyszny, aby robić sobie jakieś większe postanowienia własnego pomysłu, schylam głowę, przyjmuję popiół i... nic więcej. Żadnych praktyk i dodatkowych nabożeństw, żadnych umartwień, co najwyżej trochę corocznych jęków tegookresowych.

Jako reprezentant gatunku świeckich jestem zdania, że życie świeckie we współczesnych czasach nie bardzo pozwala na udział w dodatkowych nabożeństwach religijnych. Jeżeli poważnie traktuje się życie zawodowe czy naukowe, a również i wspólnotowe (rodzinne i w szerszym znaczeniu – wspólnot życia chrześcijańskiego), nie ma już czasu na dodatkowe nabożeństwa ponad niedzielną Mszą czy spotkaniami wspólnoty.

Tak więc pozostaje mi praca, nauka, rodzina i ot, jakiś tam kursik ewangelizacyjny ALFĄ zwany, a w domu prowadzony. To będzie więc wielkopostne, a nawet i powielkanocne umartwienie: zmieścić nie tylko w ciasnym domu, ale i jeszcze ciaśniejszym sercu tych kilkunastu gości szukających Boga, którzy zaufali prowadzącym kurs.

Niby nic ułatwiającego przeżycie tego okresu, a przecież tragedia w rodzinie, która wydarzyła się nieledwie kilka tygodni temu, rozrywa serduszko o kilka kolejnych centymetrów. Bardzo miło ze strony Boga, że trafia ten dopust akurat w czas pościku mego, bo ma on jednak szansę na nazwanie go Wielkim. W świetle dramatycznym na scenie ukazującej się oczom za rozerwaną zasłoną serca widać – jak na scenie właśnie – grzechy własne (cudze widać było i wcześniej). Co tam zresztą grzechy! Drobne słabości o wielkich konsekwencjach – rujnujących czyjeś życie, także duchowe.

O! jest więc i potrzeba Zbawiciela. I mam nadzieję, że o to właśnie chodzi: kiedy uda się uśpić dzieci, co zakrawa na cud, starczy jeszcze trochę czasu, aby lamentować przed Panem, biedować nad własnym grzechem i jęczeć o zbawienie.

I to będzie takie prywatne nabożeństwo Państwa Zatwardnickich. „Gorzkie żale, przybywajcie!”.



 

Sławomir Zatwardnicki



 

Tekst ukazał się w portalu: www.franciszkanska3.pl , o właśnie tutaj.

 

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura