Zauważyłem, że wyrażanie tęsknoty za tym, żeby być wolnym jak ptak nie tylko że brzmi mało oryginalnie, ale na dodatek opiera się na niesprawdzonych przesłankach. Zakłada się z góry (albo z dołu, kiedy się patrzy na poruszany skrzydłami ptasi brzuch), że te skrzydlate istoty są wolne, bo mogą latać. Tymczasem okazuje się, że wystarczy wyjść z żoną na spacer i łatwo można zauważyć, że nie są one tak wolne, jak je latająca w chmurach poezja podpatruje.
Zauważyłem, że na przykład nie chodzą ptaki do osiedlowych supermarketów. A z tego prosty wniosek płynie, że nie mogą w takim razie kupić sobie loda- z typu tych, co to kiedyś jadło się trzymając w kanapce z wafla, a teraz je się bez wafla, więc koniecznie drewnianym patyczkiem, który potem, kiedy już lód się kończy pozostawia specyficzny smak na języku (kto lizał, ten wie; i także ci, którym lekarz wpychał ten nieśmiertelny przyrząd do gardła rozumieją o czym piszę). Zamiast tego wyciągają spod ziemi jakieś łuskowate (pozdrowienia dla wędkarzy!) dżdżownice; taka to wolność! Więc za czym tu tęsknić?
Zauważyłem też, że tylko ten, kto zjadł Jezusa w czasie popołudniowej Mszy, a potem lizał z żoną lody spacerując po osiedlu, wie, co to wolność. I tylko ten, kto jadł supermarketowego loda w czasie osiedlowego spaceru doświadczył, jakie to absorbujące zajęcie; aż nie można patrzeć na ptaki, tak trzeba uważać, żeby nie zachlapać żonie sukienki, kiedy oddaje się jej końcówkę swojego loda, bo samemu już ma się dosyć, a wie się, że ona lody zjada w hiperilościach.
No, który z ptaków tak potrafi?



Komentarze
Pokaż komentarze (1)