Stali dokładnie po przeciwnej stronie tego miejsca, nad którym pali się lampka w kolorze krwi. Tyłem, obserwując deszcz, któremu nie dawali prawa do tego, aby padał (kiedy wychodzili, niebo było błękitne. A teraz błękit pozostał na wschodzie, na zachodzie niebo pokrywały chmury; granica przebiegała mniej więcej nad kościołem).
Wiedziałem, że z tego deszczu nie będzie burzy. Miłość Boża nie zna przymusu; ten deszcz był co prawda zaproszeniem do dłuższego świętowania z Panem, ale takim zaproszeniem, którego nie wręcza się do ręki, a wysyła pocztą.
Większość nie czekała, aż deszcz przestanie padać. Jedni poszli w lewo, inni skręcili w prawo. Chłopak w koszulce koloru krwi stał bez ruchu; połowę koszulki miał mokrą jak skrzydła zaskoczonych deszczem owadów. Pozostali pozostali w kościele, niektórzy z nich wrócili na chwilę do ławek.
Nieco wyżej Synowie Gromu śmiali się ze swojego wcześniejszego zachowania. Patrzyli porozumiewawczo na Pana i na Łukasza, którego palec wskazywał pięćdziesiąty czwarty werset dziewiątego rozdziału. Ilekroć się śmiali, tylekroć inni mówili: „zagrzmiało”, a wtedy Duch Święty przypominał Janowi dwudziesty dziewiąty werset dwunastego rozdziału.
A Pan patrzył raz na ziemię, raz na Ojca. Wiedział, że dopóki pada deszcz, dopóty jeszcze nie pora na chwalebną procesję. I w Duchu Świętym razem z Ojcem kolejny raz świętowali, tańcząc w płatkach deszczu.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)