Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
33
BLOG

Nie jestem powołany do defensywy

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Kultura Obserwuj notkę 1

Jak ja nie lubię odpowiadania pomiędzy wierszami, mówię Ci, jak ja nie lubię takiego odpowiadania... ale oczywiście tylko wtedy, kiedy to nie ja odpowiadam w ten sposób. Nie wiedziałem, że nie lubię, ale dzięki Tobie już wiem. Dlatego proszę Cię, odpowiadaj na list listem, a nie punktowaniem mojego listu; jest w tym coś jakby Punktujący stawiał się ponad tym, do którego pisze; i który zresztą wcale nie pytał, a po prostu pisał. Pisz więc, jak i ja do Ciebie piszę (źle odczytałeś moje spostrzeżenie co do tego, że listy w dobie internetu długo trafiają do adresata; nie o Ciebie chodziło, skoro to ja listy piszę, a Ty komentujesz; chodziło o mnie, a tak naprawdę chodziło o coś więcej; jak myślisz, o co?):  

 

Hazelhardzie,  

 

Przyszedł więc czas (jeszcze jest go trochę), abyśmy pokłócili się o definicję Jezusa, skoro nie możemy uniknąć rozmowy o Nim. 

A nie możemy, ponieważ ja nie chcę unikać, a Ty już nie możesz. Zostałeś wezwany przeze mnie do zajęcia stanowiska. I nie próbuj mnie więcej namawiać do tego, abym bronił mojej wiary, ponieważ nie do tego zostałem stworzony. Hazelhardzie, pisze do Ciebie ten, który będzie i aniołów, i Ciebie razem z Chrystusem sądził. „Wszechmogący, dający się poznać na tyle, na ile sam się objawi” powiedział to o mnie. (Gwoli uczciwości, możesz tego uniknąć; czy wiesz jakim sposobem?). 

Dlatego przyzwyczajaj się do tego, że to raczej Ty musisz się bronić, nie ja. Dziś to ja wzywam Cię do obrony, albo- to byłoby dla Ciebie jeszcze lepsze- jak najszybszego poddania się; nie, nie mnie, ale Jemu. Bogu; Jezusowi. 

Jakże naiwny jesteś w swojej wierze, Hazelhardzie: zarówno w swoją bezgrzeszność, jak i zdolność do ustalania definicji Tego, który jest według Ciebie niepoznawalny (i to Ty masz o tym decydować?!). Tak, zarówno w Polsce, jak i Japonii można dojść do takich wniosków, i równie łatwo i tu, i tam ulec zwiedzeniu. 

Najpierw o bezgrzeszności: 

Młody jesteś, o Ty „kochający i cierpiący katusze za miliony”, więc może jeszcze nie doświadczyłeś żenującej słabości: zarówno w postanowieniach, jak i uczciwości intelektualnej, której tak ciężko być wiernym w poszukiwaniu prawdy. Pozwól więc, że podzielę się z Tobą moim odkryciem sprzed ładnych kilku lat. 

Mnie też przez jakiś czas wydawało się, że tak bardzo szukam prawdy, że nawet gdybym urodził się w Japonii, to szukałbym tak długo i szczerze, aż znalazłbym. Ale kiedy zobaczyłem swoje lenistwo, intelektualną nieuczciwość, wygodnictwo i strach przed wychylaniem się (tak, tak- w Tobie też on jest, ale o tym dowiesz się dopiero wtedy, kiedy zaczniesz żyć z Jezusem; naprawdę dziś dużo trudniej być uczniem cieśli Chrystusa niż profesora Dawkinsa), zrozumiałem, że jestem kimś innym. Wiesz, w moim języku nazywa się to po prostu grzechem; chyba rozumiesz, o co mi chodzi? 

I wtedy znalazłem odpowiedź na Twoje, zupełnie zresztą nieoryginalne, pytanie: 

„Czy gdybyś się urodził Japończykiem też byś tak uważał?”. 

Odpowiadam: jest duża szansa, że gdybym urodził się w Japonii, mógłbym nie poznać Jezusa. Tylko że to dowodzi tylko dwóch rzeczy: mojego grzechu, a jednocześnie Jego miłości; to dzięki Jego łasce urodziłem się tutaj, gdzie znaleźli się świadkowie, którzy mi o Nim opowiedzieli. Rozumiesz? (Może Japończykom Pan może bardziej zaufać, że Go znajdą? A może czeka na następnych Franciszków Ksawerych, którzy aż do Japonii zaniosą Dobrą Nowinę (może to my razem, bracie Hazelhardzie, tam kiedyś dotrzemy?)). 

(Celowo nie przekonuję Cię do tego, że On mógłby się i w Japonii objawić, nawet bez pośrednictwa innych osób; myślę, że na razie trudno byłoby Ci w to uwierzyć (ale jeżeli się mylę, to takich świadectw o bezpośredniej ingerencji Chrystusa w życie niewierzących jest dużo i mogę Cię nimi poczęstować)). 

(Pomijam również fakt, że gdy ktoś szuka naprawdę i do końca, to znajdzie Go i w Japonii; tak jak wyżej się już wyspowiadałem, w moim przypadku mogłoby tak nie być, dlatego nie idę za tym argumentem). 

A teraz o pysze (jak to będzie w Twoim języku?): 

Hazelhard, nie rozumiesz, że do śmierci możesz bujać sobie w obłokach takich dyskusji o Bogu i próbach definiowania Go po to, żeby się w końcu zawsze okazało to samo- że nie można Go definiować? Stawiasz się wyżej od Niego, patrzysz na Niego z góry. A przecież wszystko, co o Nim możesz poznać- tylko z pozycji „na kolanach” (lub „na pupie”, jeżeli miałbyś z klęczeniem podobne problemy do moich). 

Dałeś Mu prawo do tego, żeby się objawił; podpisałeś na siebie ten słodki wyrok zgadzając się na to, że On daje się poznać „na tyle, na ile sam się objawi”. Otóż dzisiaj kładę przed Tobą Twoją decyzję i Jego objawienie, jako przekleństwo lub błogosławieństwo Twoje: Hazelhardzie, wzywam Cię do tego, abyś uczciwie zapoznał się z tym, co Jezus mówił o sobie i co pokazywał niewerbalnie. (Proponuję, żebyś przeczytał ewangelię tego prostaczka Jana). 

Ja twierdzę, że Bóg się objawił w Nim. Możesz się przed tym bronić, ale się nie obronisz; jedyne, co będziesz mógł zrobić- albo to przyjąć, albo odrzucić. 

Przyjmujesz to wyzwanie? (Pytam z grzeczności, bo przyjąć musisz).  

 

Życzę lektury nie tyle przyjemnej, co owocnej! Będę Ci towarzyszył w modlitwie.

Sławek.  

 

PS. Staram się poważnie traktować i siebie, i ludzi. Znam wartość czasu, od którego zależy wieczność. Dlatego nie przeczytam książki Dawkinsa- wywiad z nim powiedział mi już to, co miał powiedzieć.

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura