Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki
43
BLOG

Park Poległych Bohaterów

Sławomir Zatwardnicki Sławomir Zatwardnicki Kultura Obserwuj notkę 3

W zabrzańskim parku, o nazwie wymienionej w tytule, jest betonowy plac, pamiętający pewnie jeszcze czasy głębokiej komuny. Ten, co nie żałując wylewał państwowy beton nie przypuszczał wtedy, do jakich celów służyć on będzie kilkadziesiąt lat później. I tak do tej pory chyba nieużywany placek, z góry wyglądający jak pokrojony tort, złożony z naprzemiennie ułożonych kawałków raz jaśniejszego, raz ciemniejszego betonu, czekać musiał aż do dnia 07.07.2007 roku.

Bo właśnie tego dnia pojawili się na nim uczestnicy kursu „Walizka Ambasadora".

Kim oni są? To członkowie wspólnoty „Szekinah", którzy odczytują swoje powołanie do ewangelizacji. W trakcie kursu prowadzący (autor bloga z Żoną oraz Emilka) starają się podać kursantom podstawowe wiadomości w dziedzinie ewangelizacji, wspólnie chcemy też pakować do naszych ambasadorskich walizek podstawowe umiejętności i materiały przydatne w ewangelizacji oraz dotychczasowe doświadczenie w głoszeniu Jezusa Chrystusa. Z tak wyposażoną walizką chcemy iść w świat jako ambasadorowie Pana, w myśl tego o czym pisał Paweł:

Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania. Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem. (2Kor 5,18-20)

I właśnie w celu zdobycia pierwszych doświadczeń pojawiliśmy się w parku, nie tyle nawet licząc na jakieś niesamowite owoce inicjatywy, której się podjęliśmy, ile bardziej oczekując tego, co mogło i miało się dokonać w nas samych.

Nie jest łatwo stanąć przed ludźmi, o czym wie piszący te słowa, dla którego zawsze jest to psychiczne umieranie (chociaż najczęściej podejmowane chętnie). A takie były plany, żeby z megafonem na środku placu stanęły osoby, które odgrywać miały role syna marnotrawnego (to ja!), miłosiernego ojca (Boguś, ojciec Emilii) i narratora (Ola, moja Żona) w przedstawieniu, które oparliśmy na książeczce „Załóżmy, że" (www.lifewords.info/europe/login/uplpdfs/9911.pdf) ciekawie wydanej przez chrześcijańską organizację Lifewords (http://www.lc-words.com/). Obok nas miał jeszcze znaleźć się Kuba, który uderzając w bęben pomiędzy każdą wypowiedzianą frazą dawałby sygnał informujący pozostałych ewangelizatorów, że w tym momencie mają przesunąć się o dwa kawałki „tortu", w miejsce poprzednio zajmowane przez kogoś innego. Żona upierała się jeszcze co do tego, że na środku placu powinien być jeszcze ktoś umiejący grać na gitarze; uległem jej, i jak się potem miało okazać, dobrze zrobiłem.

W niecierpliwym oczekiwaniu na akcję nie pomyśleliśmy, że żyjemy w czasach, w których ustawodawca pretenduje do tego, żeby wszystko, co tylko jest możliwe, uregulować ustawowo. Okazało się, że w swojej iście nadnaturalnej wiedzy przewidział on również, że i my pojawimy się kiedyś w parku z Ewangelią, i żeby nikomu z powodu naszego głoszenia nie stała się krzywda, wrzucił nas do worka z napisem: „zgromadzenia publiczne" i kazał podporządkować się literze prawa, według której nasza akcja bez stosowanego zezwolenia jest nielegalna.

Dowiedziawszy się o tym dzień przed planowaną akcją, Żona moja prawie wpadła w chrześcijańską depresję. I chociaż z mężem swym mogliby nie patrzeć na literę prawa, ale podjąć ryzyko głoszenia w gotowości do poniesienia kary, to ze względu na innych uczestników oraz na to, że nie we własnym imieniu, a w imieniu wspólnoty byliśmy posłani, umieraliśmy dla tego planu, którego realizacja zdawała się odsuwać w czasie.

Była jeszcze szansa, że ewangelizatorzy nie dojadą i nie przekroczymy ustawowej liczby osób, od której rozpoczyna się już „zgromadzenie publiczne". Ale dotarli na miejsce, na razie niczego nieświadomi: z Gliwic, Knurowa i Zabrza. Razem usiedliśmy na trawce, by za chwilę, już wszyscy świadomi, żegnać się z betonowym placykiem, na którym mieliśmy „odchodzić od zmysłów dla Boga, dla ludzi jednak pozostając przytomnymi" (por. 2Kor 5,13), dodatkowo jeszcze utwierdzeni w tym pożegnaniu z naszymi planami przez słowo, które Pan dał nam w modlitwie: „oddajcie Bogu to, co należy do Boga, a ludziom to, co należy do ludzi".

Była w tym uwielbieniu, które wyśpiewaliśmy Panu, Jego moc; On był głoszony, a i ustawodawca musiał być zadowolony. I kiedy zobaczyliśmy, że nie ma osoby, która przeszłaby obojętnie wobec tego śpiewu (ale tylko dzieci w swojej dziecięcej śmiałości podchodziły bliżej wołając siebie nawzajem: „chodźcie zobaczyć!" (por. J 1,46)), z radością postanowiliśmy w ten sposób znaczyć naszą obecność w parku. A jednak oprócz tej radości pozostał też Boży smutek, że nie można więcej...

Postanowiliśmy jeszcze złapać się ostatniej szansy. Pięcioosobowa delegacja wyruszyła do pobliskiego komisariatu policji. Po chrześcijańsku owijając w bawełnę przedstawiliśmy się i to, co chcemy robić („przeczytać książeczkę, powiedzieć coś ważnego ludziom..."), a sierżant sztabowy Krzysztof K. najpierw zrobił zafrasowaną minę, a potem zadzwonił do Komendy Głównej i po pogańsko-policyjnemu prosto z mostu przekazał, że „są tu z kościoła i chcą się w parku modlić". Zakładając, że jest mu potrzebna, zostawiliśmy mu książeczkę „Załóżmy, że" i z policyjnym błogosławieństwem pobiegliśmy do naszych.

Dzięki temu plan został zrealizowany w stu procentach. Po przedstawieniu się, a następnie książeczki, dwie osoby (Ola i Łukasz) złożyły osobiste świadectwo jak w ich życiu realizował się powrót do Ojca, potem Emila skierowała w stronę tych ludzi, którzy siedzieli na ławkach i zauważyli lub usłyszeli (megafon!) naszą obecność zachętę do tego, aby wrócili do Boga dzięki Jezusowi, który dał im taką możliwość. Oprócz tego publicznego występu kilka osób z naszej dwudziestoosobowej grupy rozmawiało też indywidualnie z siedzącymi na ławkach i rozdawało im oraz spacerującym po parku książeczki „Załóżmy, że". Piotrek grał na gitarze i śpiewał, a my razem z nim. Jego Żona z pięciomiesięczną Agatką i wózkiem była tuż obok, na środku placu.

Nie wiem jak zabrzanie, ale my, bohaterowie nie z tego świata, doświadczaliśmy radości w tym czasie dzielenia się Dobrą Nowiną. Ale bez względu na to, co działo się w sercach osób, do których kierowaliśmy nasze przesłanie, można powiedzieć, że w „Parku Poległych Bohaterów" zwyciężyliśmy, bo przecież pamiętamy, że: „Zwycięstwo w ewangelizacji polega na podjęciu inicjatywy głoszenia Chrystusa w mocy Ducha Świętego i pozostawieniu rezultatów Bogu".

Teolog, publicysta, autor wielu artykułów oraz dwudziestu książek; ostatnio wydał: Maryja. Dlaczego nie?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura